Jak ja osobiście postrzegam minimalizm, czyli kilka słów w stylu „minimalizm po mojemu”. Jak już kiedyś pisałem, minimalizm rozumiem przede wszystkim jako świadome podejście do posiadania i konsumpcji. Nie chodzi mi o życie z jak najmniejszą liczbą rzeczy, ale o to, żeby nie kupować i nie gromadzić ich bez rzeczywistej potrzeby. Jeśli coś dobrze mi służy, nie widzę powodu, żeby wymieniać to tylko dlatego, że pojawił się nowszy model. Nie traktuję też minimalizmu jako zbioru sztywnych zasad, raczej jako sposób myślenia, z którego wybieram to, co pasuje do mojego życia. O tym pisałem już szerzej wcześniej więc podlinkuję do poprzedniego wpisu (link).
Ale minimalizm ma dla mnie również inne znaczenie. Minimalizm mnie nie ogranicza. Wręcz przeciwnie, otwiera nowe możliwości. Nie czuję się jednak żadnym „rasowym” minimalistą. Czerpię po trochu z różnych nurtów i wybieram z nich to, co pasuje do mojego życia. Nie zamierzam się szufladkować według żadnych ścisłych kryteriów.
Jednym z elementów mojego minimalizmu jest ograniczanie wpływu opinii innych ludzi na moje życie. Ktoś orzeknie, że byłem złym nauczycielem? Jeśli jest to osoba, która nie miała bezpośredniej styczności z moją pracą zawodową, taka opinia nie robi na mnie większego wrażenia. Traktuję ją po prostu jako bezpodstawny hejt. Ktoś stwierdzi, że mój sposób prowadzenia ogrodu jest głupi i nieprawidłowy? Trudno. Robię to na swoim terenie, na swoje potrzeby i po swojemu. Owszem, wskazówki przyjmuję, ale ostatecznie to ja decyduję, co z nimi zrobię. Ktoś uzna, że nie jestem prawdziwym minimalistą? Spoko. Nie jestem. Lekarz kazał przytakiwać ;-)
Mam szczerze w nosie opinie osób, z którymi nie wiążą mnie żadne realne więzi. Gdyby kiedyś córka powiedziała mi, że nie jestem dla niej takim ojcem, jakim powinienem być - i miałaby ku temu podstawy - wtedy miałbym powód, żeby się przejąć i zastanowić nad sobą.
Jeśli natomiast ktoś uzna, że jestem tylko trochę minimalistą, a nie „prawdziwym” minimalistą, być może będzie miał rację. I właściwie to też jest jakiś przejaw minimalizmu: nie przejmować się nadmiarem opinii. Minimum spraw, którymi trzeba się przejmować.
Mój minimalizm dotyczy też rzeczy, które noszę ze sobą na co dzień. Od kilku lat nie noszę portfela. Po co? Jako miniśmietniczek na karteczki? Mam telefon, trochę gotówki i wszystko, czego naprawdę potrzebuję. Wśród preppersów funkcjonuje pojęcie EDC, czyli rzeczy noszonych codziennie przy sobie. U mnie jest ono bardzo skromne: telefon, nożyk, klucze z małą latarką, a przy wyjściu w teren dodatkowo butelka wody. I właściwie tyle. Sama idea dobrze łączy się z moim rozumieniem minimalizmu: niewiele rzeczy, ale takich, które faktycznie są potrzebne i mają konkretne zastosowanie.
I chyba właśnie o to mi chodzi w moim minimalizmie. Nie o to, żeby mieć jak najmniej. Nie o to, żeby udowadniać sobie albo innym, że potrafię żyć z pięcioma rzeczami. Chodzi raczej o to, żeby świadomie wybierać, czym się otaczam, czym się zajmuję i na co poświęcam swoją uwagę. Dotyczy to rzeczy, ale również ludzi, opinii, oczekiwań i różnych narzuconych z zewnątrz „powinienem/nie powinienem”.
To, co rzeczywiście muszę, jest w dużej mierze określone przepisami. Przepisy podatkowe są tu tylko jednym z wielu przykładów i akurat ich szczegółowej znajomości nie będę udawał. To, czego robić mi nie wolno, znajdę między innymi w kodeksie karnym czy kodeksie wykroczeń. Są też oczywiście ogólne zasady moralne. Można je znaleźć choćby w Dekalogu, przy czym osobiście nie przestrzegam ściśle pierwszych trzech przykazań dotyczących praktyk i kultu.
Natomiast ogromna część tego, co w codziennym życiu określa się słowem „powinienem”, to już zupełnie inna sprawa. Powinienem coś mieć. Powinienem coś robić. Powinienem wyglądać w określony sposób. Powinienem żyć tak, jak wypada. I właśnie z tego rodzaju „powinienem” staram się coraz bardziej uwalniać. Może właśnie dlatego nie przeszkadza mi, że mój minimalizm nie mieści się w żadnej ścisłej definicji. Nie musi. Wystarczy, że dobrze służy mnie.

Komentarze
Prześlij komentarz