Jestem minimalistą. A może bardziej powinienem napisać, że staram się bardzo dużo czerpać z tego nurtu. Nie dążę do tego, żeby mieć jak najmniej rzeczy za wszelką cenę. Raczej staram się dobierać je tak, żeby spełniały realną potrzebę. W tym duchu urządzałem też swój dom.
Kilka szaf ubrań? A po co? Wystarczy po kilka kompletów na określone pory roku. Kilka par butów? Uważam, że dwie wystarczą – na porę zimną i na porę ciepłą. To tylko przykłady.
Nie dążę jednak do tego, żeby mieć jak najmniej. Nie przemawia do mnie żadna maksyma w stylu „cały dobytek w jednym plecaku”, bo jest to dla mnie po prostu mało realne. W końcu łóżka i domu do plecaka nie spakuję. To bardziej sprzeciw wobec współczesnego, nadmiernego konsumpcjonizmu. Zanim kupię nową rzecz, porządnie się zastanawiam. Bo nie chodzi jedynie o pieniądze. Chodzi też o odpowiedzenie sobie na pytanie: czy to jest mi rzeczywiście potrzebne? Czy poprawi mój komfort życia? Czy wniesie jakąś wartość dodaną?
Oczywiście nie narzucam sobie żadnych restrykcji. Jeśli coś ma mnie po prostu ucieszyć – czemu nie? Minimalizm nie ma być dla mnie kolejnym źródłem ograniczeń. Ma raczej pomóc mi świadomie wybierać, co rzeczywiście chcę mieć i czym chcę się otaczać.
Minimalizm
nie zaczął się u mnie od postanowienia, że będę miał mniej rzeczy.
Raczej od pewnych przemyśleń dotyczących konsumpcji. Pamiętam dwa filmy,
które dały mi kiedyś sporo do myślenia: „Spisek żarówkowy” i „Jedz,
zanim zgnije”.
Nie pamiętam już, który obejrzałem pierwszy.
Nie było tak, że nagle otworzyły mi oczy. O wielu rzeczach człowiek niby
wie, ale dopóki nie zwróci na nie szczególnej uwagi, po prostu ich nie
dostrzega.
Dość szybko po obejrzeniu „Spisku żarówkowego”
skończył mi się jeden z kolorów tuszu w drukarce. Napełniłem kartridż,
włożyłem go z powrotem i… drukarka go nie przyjęła. Domagała się nowego.
Wtedy
odkryłem coś ciekawego. Korzystałem z Ubuntu, czyli systemu opartego na
Linuksie, i okazało się, że pod tym systemem mogłem normalnie korzystać
z napełnionego kartridża. Nie chcę tutaj twierdzić, że Windows celowo
blokował mi możliwość używania starego tuszu, bo nie pamiętam już
dokładnie, co było przyczyną i nie mam dziś możliwości tego
zweryfikować. Wydaje mi się jednak, że chodziło o sposób, w jaki
oprogramowanie i sterowniki komunikowały się z drukarką i kontrolowały
stan kartridża.
I właśnie wtedy zaczęło mi coś świtać. Kartridż
był fizycznie sprawny. Tusz w nim był. Drukarka technicznie mogła
drukować. A mimo to pojawiał się komunikat, że potrzebny jest nowy
wkład. Być może wynikało to z konstrukcji systemu kontroli tuszu, być
może z oprogramowania producenta, a być może z jednego i drugiego.
Dla
mnie jednak najważniejsze było samo wrażenie, jakie wtedy odniosłem:
przedmiot, który w rzeczywistości nie przestał być użyteczny, został
uznany za zużyty.
To był oczywiście tylko jeden kartridż i nie na
jego podstawie zbudowałem całą swoją filozofię. Ale po obejrzeniu
„Spisku żarówkowego” zacząłem zwracać uwagę na podobne rzeczy. Zacząłem
się zastanawiać, czy wiele przedmiotów i urządzeń nie jest
projektowanych w taki sposób, żeby ich użytkowanie miało swój określony
koniec i żebyśmy w odpowiednim momencie kupili nowe.
Nie
twierdzę, że zawsze tak jest. Dzisiaj wiem, że rzeczy bywają bardziej
skomplikowane. Ale wtedy po raz pierwszy zacząłem patrzeć na przedmioty
nie tylko jako na rzeczy, które mają mi służyć, ale również jako element
całego systemu produkcji i konsumpcji.
I chyba właśnie wtedy
zaczął się mój minimalizm. Nie jako dążenie do posiadania jak
najmniejszej liczby rzeczy, ale jako coraz większa niechęć do kupowania
czegoś tylko dlatego, że producent, reklama czy technologia sugeruje, że
poprzednia rzecz już się „skończyła”.
Z czasem minimalizm stał
się dla mnie przede wszystkim antykonsumpcjonizmem. Nie chodzi o to,
żeby nie kupować niczego. Chodzi raczej o to, żeby zanim coś kupię,
zastanowić się, czy naprawdę tego potrzebuję i czy rzecz, którą już mam,
rzeczywiście przestała mi służyć.

Komentarze
Prześlij komentarz