Trzeba rozwiązać problem z myszami

Niestety, jakiś czas temu zorientowałem się, że mam myszy. Na początku było tylko jakieś chrobotanie, odgłosy, które trudno było jednoznacznie zidentyfikować. Po pewnym czasie myszki zrobiły się jednak coraz bardziej bezczelne i zaczęły zwyczajnie pokazywać się w domu. Wiedziałem jedno. Skoro już widuję myszy na własne oczy, to prawdopodobnie nie mam do czynienia z jednym zabłąkanym gryzoniem.

Co prawda żywność przechowuję szczelnie zamkniętą, więc ryzyko, że myszy zaczną mi wyjadać zapasy, było stosunkowo niewielkie. Nie oznacza to jednak, że miałem ochotę dzielić z nimi dom. Mam już króliczka (miniaturowego baranka) i to mi w zupełności wystarczy w kategorii zwierząt domowych.

Jest też kwestia zdrowia. Myszy mogą przenosić choroby i zanieczyszczać otoczenie moczem oraz odchodami. Wśród zagrożeń wymienia się między innymi hantawirusy, wywołujące u ludzi poważne choroby, oraz bakterie powodujące leptospirozę czy salmonellozę. Oczywiście nie każda mysz jest zakażona i nie chodzi o to, żeby wpadać w panikę na widok gryzonia. Nie zmienia to faktu, że obecność myszy w domu nie jest czymś, co chciałbym tolerować. Szczególnie że mieszkam w niewielkim drewnianym domku i wolałbym uniknąć zarówno problemów higienicznych, jak i ewentualnych szkód.  Trzeba było więc coś wymyślić.

A może kot? To chyba najbardziej tradycyjne rozwiązanie. Kot i myszy to przecież skojarzenie stare jak świat. Zdobycie kota nie powinno być szczególnie trudne, ale zdobycie kota, który rzeczywiście będzie skutecznie polował na myszy, to już trochę inna sprawa. Przypomniał mi się mój były sąsiad z działki ROD, który miał tam trzy koty. Opiekował się nimi, ale ich umiejętności łowieckie były bardzo różne. Jeden był naprawdę łowny, drugi polował od niechcenia, a trzeci niezbyt sobie z tym radził i przede wszystkim czekał na karmienie. Jak widać, sam fakt posiadania kota nie daje gwarancji, że problem myszy zniknie. Poza tym kota nie chciałem zdobywać na zasadzie: wchodzę, biorę i gotowe. To żywe zwierzę, które wymaga opieki przez wiele lat. Nie zdecydowałbym się na nie wyłącznie dlatego, że akurat pojawiły mi się myszy. Potrzebowałem rozwiązania na już, a nie kolejnego zwierzaka, którego przyjęcie do domu należałoby dobrze przemyśleć. Nie wykluczam, że w przyszłości zdecyduję się na kota, czy to przez zakup, czy w inny sposób, ale problem z myszami chciałem rozwiązać od razu. Kot to jednak decyzja na lata, a nie zakup kolejnego narzędzia do walki z gryzoniami.

Trutka na myszy i szczury? Zdecydowanie nie. To rozwiązanie odrzuciłem właściwie od razu. Nie mieszkam w bloku, gdzie w razie potrzeby można po prostu wyrzucić znalezioną martwą mysz do odpowiedniego pojemnika na odpady. W moim przypadku gryzonie mogłyby zdechnąć gdzieś w konstrukcji domku, pod podłogą albo w innym trudno dostępnym miejscu. A wtedy nie tylko trudno byłoby je usunąć, ale również należałoby liczyć się z nieprzyjemnym zapachem. Jest jednak jeszcze jeden argument przeciwko trutkom, który ma dla mnie duże znaczenie: ich wpływ na środowisko. Zatruta mysz niekoniecznie zdechnie w miejscu, w którym zjadła truciznę. Może wyjść na zewnątrz, gdzie stanie się łatwym łupem dla jakiegoś drapieżnika. Sowa, kuna, lis czy kot mogą w ten sposób zatruć się wtórnie. W przypadku niektórych trutek substancje toksyczne pozostają w ciele gryzonia przez dłuższy czas, stwarzając zagrożenie dla zwierząt, które go zjedzą. Nie chcę wprowadzać do swojego otoczenia dodatkowych trucizn, jeśli mogę rozwiązać problem inaczej. Mam ogród, w którym żyją różne stworzenia, i nie chciałbym niepotrzebnie im szkodzić. Dlatego trutki odpadły.

Odstraszacze ultradźwiękowe? Przerabiałem to. Kiedyś miałem już w domu odstraszacz ultradźwiękowy. Efekt? Mizerny. Urządzenie irytowało mnie swoim dźwiękiem, a myszy jak były, tak były. Zresztą nie jest to mój pierwszy epizod z gryzoniami. W poprzednim domu również zdarzały mi się takie historie, więc miałem już okazję przekonać się, że niektóre popularne sposoby niekoniecznie działają tak, jak obiecują ich producenci. Nie twierdzę, że każdy odstraszacz jest identyczny i w każdych warunkach okaże się nieskuteczny. Po prostu moje wcześniejsze doświadczenie nie zachęcało mnie do ponownego wydawania pieniędzy na takie urządzenie.

Pułapki żywołowne. Niby humanitarnie, ale co dalej? Rozważałem również pułapki, które pozwalają schwytać mysz żywcem. Na pierwszy rzut oka to rozwiązanie wydaje się bardzo humanitarne. Mysz zostaje złapana, nic jej się nie dzieje, a człowiek może ją wypuścić na wolność. Brzmi pięknie. Tylko co właściwie miałbym z taką myszą zrobić? Wynosić ją do lasu, wypuszczać i prosić, żeby już więcej nie przychodziła? Przecież nie mam żadnej gwarancji, że nie wróci albo że nie pojawi się na jej miejscu kolejna. Poza tym pułapka żywołowna również wymaga regularnego sprawdzania. Schwytane zwierzę nie może pozostawać w niej bez końca, a samo wypuszczenie myszy w innym miejscu nie zawsze jest tak prostym i humanitarnym rozwiązaniem, jak mogłoby się wydawać. Ostatecznie uznałem, że to nie jest rozwiązanie dla mnie.

Została więc tradycyjna pułapka zatrzaskowa, czyli popularna łapka na myszy. Wiem, że niektórym może się to nie spodobać. Zabijanie zwierząt nie jest przyjemnym tematem, a mysz, mimo że potrafi być uciążliwym lokatorem, też jest żywym stworzeniem. Po rozważeniu dostępnych możliwości doszedłem jednak do wniosku, że w mojej sytuacji właśnie takie rozwiązanie będzie najrozsądniejsze. Dobrze działająca pułapka zatrzaskowa może zabić mysz bardzo szybko. Nie daje to oczywiście stuprocentowej gwarancji, że każde zadziałanie będzie natychmiastowe, ale w porównaniu z trutkami, które często powodują śmierć dopiero po kilku dniach, uznałem ją za rozwiązanie bardziej humanitarne. Kot również nie zawsze zabija ofiarę od razu. Zdarza się, że bawi się nią i ją męczy. Dlatego, choć może to brzmieć paradoksalnie, w mojej ocenie dobrze dobrana i prawidłowo działająca pułapka zatrzaskowa jest w tej sytuacji rozsądniejszym rozwiązaniem niż pozostałe rozważane przeze mnie metody. Nie oznacza to, że uważam ją za idealną. Po prostu trzeba czasem wybrać rozwiązanie, które ma najmniej wad w konkretnych okolicznościach.


Teraz pozostaje czekać. Pułapki kupiłem. Właśnie dotarły, więc teraz pozostaje je odpowiednio rozstawić i poczekać na efekty. Nie mam jednak złudzeń, że w ten sposób raz na zawsze pozbędę się myszy. Mieszkam w ogrodzie, a jesienią i zimą gryzonie szukają miejsc, w których mogą się schronić przed chłodem. Mój domek może być dla nich atrakcyjnym miejscem, więc podejrzewam, że podobne sytuacje będą się powtarzać, zwłaszcza w chłodniejszych miesiącach. Trzeba będzie zatem nauczyć się z tym problemem żyć i reagować, kiedy się pojawi. Nie chodzi o to, żeby prowadzić wojnę ze wszystkimi myszami w okolicy. Chcę po prostu, żeby mój dom pozostał domem dla mnie i mojego króliczka, a nie dodatkowym schronieniem dla gryzoni. Zobaczymy, jak sprawdzą się zakupione pułapki. Jeśli okażą się skuteczne, być może będę miał okazję wrócić do tematu i opisać swoje doświadczenia.




Komentarze