Były ponowne zbiory gruszek w okolicy. Znowu więc robiłem kompot. Przy okazji postanowiłem nastawić ocet z gruszkowych obierek. Oczywiście pilnuję też jakości obierek. Może to dziwnie brzmi, ale tak właśnie jest. Jeżeli jakiś fragment skórki jest porażony, nadjedzony czy po prostu wygląda podejrzanie, odkrawam go. Do octu trafia przede wszystkim zdrowy surowiec.
Dlaczego w ogóle mam obawy? Kiedyś, przy nastawianiu octu jabłkowego, oprócz obierek dałem do nastawu również kawałki jabłek. Nastaw się wtedy nie udał. Zrobił się mętny, a zapach wyraźnie się zmienił. Podejrzewam, że mogła wtedy zajść tzw. fermentacja mannitowa, czyli niepożądany proces związany z przemianami cukrów przez niektóre mikroorganizmy. Co ciekawe, podobna sytuacja powtarzała mi się później, dlatego przy jabłkach od jakiegoś czasu wykorzystuję już tylko obierki. Tym razem jednak postanowiłem spróbować ponownie – tyle że z gruszkami.
Obierki i kawałki gruszek trafiły do wymytych i wygotowanych słoików. Przy takich domowych fermentacjach bardzo ważna jest czystość i zapewnienie odpowiednich warunków do przebiegu fermentacji. Naczynia powinny być dokładnie umyte, a nastaw powinien mieć dostęp do powietrza. W przeciwnym razie zamiast pożądanych mikroorganizmów mogą rozwijać się inne i cały proces może pójść w niepożądanym kierunku. Ja zresztą przy przetworach wręcz do przesady pilnuję czystości i wygotowywania sprzętu. Obierki i kawałki gruszek włożyłem do słoików i dość mocno je upchałem. Zalałem je przestudzoną, słodką zalewą. Na litr wody dałem cztery łyżki cukru. Wodę wcześniej zagotowałem, rozpuściłem w niej cukier, a następnie całość przestudziłem. Słoiki przykryłem papierowym ręcznikiem, żeby nastaw miał dostęp do powietrza. Teraz pozostaje mi codziennie go obserwować i regularnie mieszać. Zobaczymy, czy tym razem gruszki się sprawdzą.
Komentarze
Prześlij komentarz