Moje inspiracje - zero waste

Jest jeszcze jeden nurt, z którego czerpię po trochu - zero waste. Nie zamierzam jednak być całkowicie zero waste. Staram się ograniczać ilość produkowanych odpadów, jak najmniej wyrzucać i ponownie wykorzystywać to, co się da. Często ma to zresztą bardzo praktyczne i finansowe uzasadnienie. Jeśli coś mogę wykorzystać drugi raz zamiast kupować nowe, to po prostu to robię.  Ale nie za wszelką cenę. Nie zamierzam na przykład kupować droższego mięsa sprzedawanego luzem tylko dlatego, że nie jest zapakowane w foliowe opakowanie.


Na działce takie podejście mam zresztą od wielu lat. Przykładem są doniczki. Od dawna właściwie ich nie kupuję. Kiedyś uzbierałem sobie całkiem spory zapas używanych doniczek, które ktoś wyrzucił na działkowe śmietniki. Zdarzało mi się też po listopadowych świętach zaglądać na cmentarne śmietniki i wybierać z nich te doniczki, które jeszcze nadawały się do wykorzystania. Może nie jest to najbardziej elegancki sposób zdobywania wyposażenia ogrodniczego, ale działał. Dzięki temu przez lata uzbierał mi się całkiem spory zapas i właściwie do dziś z niego korzystam. Nie muszę kupować doniczek, a przedmioty, które dla kogoś były już odpadem, u mnie dostały drugie życie.

Podobnie jest z kubeczkami po śmietanie. Zamiast od razu je wyrzucać, często wykorzystuję je jako małe pojemniki na rozsady. Nie są może szczególnie reprezentacyjne, ale roślinom najwyraźniej to nie przeszkadza. Plastikowe butelki też mogą się jeszcze do czegoś przydać. Po rozcięciu można z nich zrobić proste osłony dla wschodzących roślin czy coś w rodzaju małej, tymczasowej szklarenki. Nie jest to rozwiązanie na lata, ale przez pewien czas spełnia swoją funkcję.

Jest jednak jeden obszar, w którym do zero waste podchodzę znacznie bardziej rygorystycznie. To żywność. Od wielu lat staram się jej po prostu nie marnować. Szanuję jedzenie i jeśli coś nadaje się jeszcze do wykorzystania, staram się to wykorzystać. Resztki z poprzednich posiłków mogą stać się składnikiem kolejnego dania. Nie zawsze trzeba przecież zaczynać gotowanie od zera. 

W poprzednim domu raz na jakiś czas robiłem też coś w rodzaju resetu lodówki. Przeglądałem jej zawartość i wszystko, co nadal nadawało się do jedzenia, starałem się wykorzystać, zamiast dopuścić do zepsucia. Pomagała mi w tym prosta zasada FIFO. Po zakupach świeże produkty ustawiałem z tyłu, a te już napoczęte czy starsze przesuwałem do przodu. Trochę było przy tym przekładania, ale dzięki temu miałem większą kontrolę nad zawartością lodówki i starsze produkty nie lądowały gdzieś z tyłu, gdzie można było o nich zapomnieć.

W przypadku żywności mam chyba mocniejsze podejście niż do innych rzeczy. Wynika to nie tylko z oszczędności. Samo słowo „żywność” ma przecież w swoim rdzeniu życie. Żywność daje nam życie, ale żeby ją wyprodukować, jakieś życie musi zostać na nią przeznaczone. Roślina musi wyrosnąć, a w przypadku mięsa życie musi oddać zwierzę.

Może właśnie dlatego szczególnie źle odbieram bezmyślne marnowanie jedzenia. Mam ogólnie szacunek do życia - nie tylko ludzkiego, ale do różnych jego przejawów. I dlatego wyrzucenie jedzenia, które można było jeszcze wykorzystać, jest dla mnie czymś więcej niż tylko wyrzuceniem kolejnego produktu do kosza.

Nie oznacza to oczywiście, że nigdy niczego nie wyrzucam. Jeśli coś się zepsuło i nie nadaje się już do jedzenia, nie będę na siłę szukał sposobu, żeby je wykorzystać. Zero waste nie oznacza dla mnie jedzenia czegoś, co może zaszkodzić. Chodzi raczej o to, żeby wcześniej nie doprowadzać do sytuacji, w której jedzenie staje się odpadem.

I właśnie takie przykłady najbardziej kojarzą mi się z moim podejściem do zero waste. Nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę niczego nie wyrzucać i prowadzić życie podporządkowane segregowaniu każdego kawałka plastiku. Chodzi raczej o to, żeby zanim coś wyrzucę, zastanowić się, czy naprawdę nie da się tego jeszcze do czegoś wykorzystać. Czasem odpowiedź brzmi „nie” i wtedy rzecz po prostu trafia do odpowiedniego pojemnika. Nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Nie zamierzam też przechowywać w nieskończoność wszystkiego, co potencjalnie może się kiedyś przydać. To byłoby już chyba bliższe zbieractwu niż zero waste. Ważne jest dla mnie również to, żeby takie ponowne wykorzystanie rzeczy miało sens. Jeśli muszę poświęcić dużo czasu, pieniędzy albo energii na to, żeby zrobić coś tylko po to, aby nie wyrzucić przedmiotu, to zwykle szkoda zachodu.

Zero waste jest więc dla mnie raczej kierunkiem oraz inspiracją niż celem. Staram się ograniczać ilość odpadów, wykorzystywać rzeczy tak długo, jak się da i nie kupować nowych, jeśli stare nadal mogą spełniać swoją funkcję. Podobnie jak z minimalizmem czy preppingiem, nie potrzebuję jednak całego zestawu zasad. Czerpię z tego, co mi odpowiada i co rzeczywiście sprawdza się w moim życiu. I chyba właśnie dlatego takie podejście dobrze łączy mi się z ogrodem. W ogrodzie bardzo szybko okazuje się, że coś, co dla jednej osoby jest odpadem, dla drugiej może być całkiem przydatnym materiałem. Doniczka, kubeczek po śmietanie, butelka czy resztki roślinne nie muszą od razu kończyć swojego życia w koszu. Czasem wystarczy tylko spojrzeć na nie trochę inaczej.




Komentarze