Z pojęciem „prepping” zetknąłem się chyba około 2010 roku. Trafiłem wtedy na jakiś artykuł w czasopiśmie i temat zwyczajnie mnie zainteresował. Zacząłem trochę więcej czytać i przyglądać się temu, co właściwie kryje się pod tym pojęciem. Nigdy jednak nie zostałem preppersem. Nie byłem nawet jakimś „mini preppersem”. Uznałem po prostu, że w tym nurcie jest sporo ciekawych i bardzo pragmatycznych rzeczy, które można wykorzystać w zwyczajnym życiu.
Jedną z nich było przygotowanie miejsca, do którego w razie potrzeby można się przenieść. Moja działka ROD została wtedy nawet trochę dostosowana do takiego „celu ewakuacji”. Miałem tam jakiś zapas jedzenia, zapas ubrań, zwykle takich już mało wyjściowych, zapas wody i kilka innych rzeczy, które pozwalały spędzić tam więcej czasu niż tylko weekend w ciepłej porze roku. Nie zastanawiałem się przy tym szczególnie, kiedy i w jakiej sytuacji taka działka miałaby się rzeczywiście przydać. Uznałem po prostu, że warto mieć ją przygotowaną na ewentualne awaryjne zamieszkanie.
Co ciekawe, bardzo szybko okazało się, że takie przygotowanie ułatwia również zwyczajne funkcjonowanie. Nie musiałem przed każdym wyjazdem robić sobie prowiantu, bo na działce zawsze było coś do jedzenia. Wystarczyło raz na jakiś czas sprawdzić zapasy i uzupełnić to, czego zaczynało brakować. Cel ewakuacyjny miałem więc w pewnym sensie odhaczony, ale przy okazji rozwiązanie okazało się po prostu wygodne na co dzień.
Podobnie było z zapasami w domu. Nie robiłem żadnych wielkich magazynów. Zresztą część podstawowych produktów, takich jak mąka, cukier, sól czy olej, zawsze starałem się mieć w domu, jeszcze zanim zetknąłem się z preppingiem. Później po prostu zacząłem patrzeć na to również jako na element pewnego przygotowania.
Nie miałem natomiast żadnego szczegółowego planu ewakuacji. Nie wyznaczałem tras, nie robiłem mapek i nie zastanawiałem się, którędy będę uciekał w razie konkretnego zagrożenia. Uznałem, że plan ewakuacji opracowany w spokojnych czasach może się okazać średnio przydatny w sytuacji, dla której został przygotowany. Bo co z tego, że dzisiaj wyznaczę sobie najlepszą trasę ewakuacji, skoro w chwili, kiedy naprawdę trzeba będzie uciekać, okaże się, że akurat ta droga jest nieprzejezdna, zablokowana albo z jakiegoś innego powodu zupełnie się nie nadaje? I co wtedy? Patrzę na swoją piękną mapkę i mówię: „No trudno, tutaj według planu powinienem już być”. Uznałem więc, że ewakuacja będzie w razie czego improwizowana. Czy było to słuszne podejście? Nie mam pojęcia. I właściwie jakie to ma znaczenie? Ostatecznie nic się nie wydarzyło, więc nawet jeśli był to kompletnie błędny sposób myślenia, nie miałem okazji przekonać się o jego wadach.
Nie przygotowałem natomiast nigdy domu na dłuższy brak prądu czy ogrzewania. Uznawałem po prostu, że prawdopodobieństwo takiej awarii trwającej przez dłuższy czas jest na tyle małe, że nie widzę sensu ponosić dużych kosztów przygotowań. Innymi słowy, uznawałem, że koszt zabezpieczenia byłby dla mnie niewspółmierny do ryzyka.
Miałem za to zawsze sprawną kuchenkę turystyczną. Kupiona była przede wszystkim na różne wyjazdy urlopowe, ale w razie czego mogła się również przydać w domu. Zakładałem, że jeśli kiedyś zabraknie ogrzewania, to najwyżej założę sweter, a na kuchence zrobię sobie coś ciepłego do picia. Nie była to może pełna prepperska gotowość, ale na moje potrzeby wystarczała.
Bardziej przekonała mnie natomiast idea poduszki finansowej. Zacząłem ją powoli budować. Miałem prostą zasadę: co miesiąc odkładałem określoną kwotę na konto oszczędnościowe. Kiedy konto osiągało założony przeze mnie poziom, zwykle równowartość dwóch albo trzech moich wypłat, przestawałem je zwiększać i po prostu starałem się utrzymywać ten poziom. Oczywiście jeśli pojawiał się jakiś pilny czy ważny wydatek, zdarzało mi się z tych pieniędzy skorzystać. Potem jednak starałem się je uzupełnić. Nie zawsze udawało się utrzymać idealny poziom, ale ważne było dla mnie, żeby nigdy całkowicie nie wyczyścić tego konta. Uznawałem, że jakieś minimum powinno tam zawsze zostać. Najlepiej równowartość dwóch czy trzech pensji, a jeśli się nie da, to przynajmniej jednej.
Był też temat oszczędności w postaci kruszców. Tu również trochę się zainspirowałem preppingiem. Kupiłem nawet kilka czy kilkanaście srebrnych monet bulionowych. Niewiele, ale mam. Nie stało się to jednak żadnym większym elementem mojego sposobu oszczędzania.
I właśnie tak wyglądało moje podejście do preppingu. Nie wszystkie zasady do mnie przemawiały. Nie wszystko uważałem za potrzebne, a na część rzeczy zwyczajnie nie było mnie stać. Nie miałem też potrzeby budowania całego swojego życia wokół przygotowywania się na wszelkie możliwe katastrofy.
Bardziej interesowało mnie coś znacznie prostszego: mieć pewien zapas, być przygotowanym na mniej wygodny wariant wydarzeń i nie znaleźć się w sytuacji, w której każdy drobny problem natychmiast staje się dużym problemem. Dlatego nigdy nie próbowałem utożsamiać się z prepperami. Sam nurt uznałem jednak za całkiem pragmatyczny i kilka jego pomysłów zostało ze mną na dłużej.
Zresztą wiele z nich okazało się przydatnych nie podczas żadnego wielkiego kryzysu, ale w zupełnie zwyczajnym życiu. Zapas jedzenia na działce oznaczał mniej pakowania przed wyjazdem. Poduszka finansowa dawała możliwość poradzenia sobie z niespodziewanym wydatkiem. Kilka podstawowych produktów w domu oznaczało, że nie muszę biec do sklepu tylko dlatego, że skończyła się mąka czy olej. I chyba właśnie to jest dla mnie najciekawsze w preppingu. Nie samo przygotowywanie się na koniec świata, ale zwyczajna próba sprawienia, żeby nieprzewidziane sytuacje były trochę mniej problematyczne.
Pomimo że nigdy nie wszedłem w ten nurt szczególnie mocno, uznałem go za coś ciekawego i całkiem praktycznego. Kilka jego pomysłów zostało ze mną na dłużej i pewnie jeszcze nie raz z nich skorzystam. A wszystkim prepperom z całego serca życzę, żeby Wasze przygotowania nigdy nie musiały przejść bojowego sprawdzianu. Żebyście zawsze uchodzili co najwyżej za dziwaków zbierających konserwy, a nigdy nie stanęli przed sytuacją, w której będziecie musieli je racjonować.

Komentarze
Prześlij komentarz