Z permakulturą miałem kiedyś dość specyficzną relację. Po różnych doświadczeniach z dyskusjami na grupach ogrodniczych zacząłem traktować ją niemal jak sektę z własnymi dogmatami. Do tego stopnia, że przez pewien czas odżegnywałem się od wszystkiego, co miało jakikolwiek permakulturowy wydźwięk. Kilka lat temu postanowiłem jednak z czystej ciekawości trochę głębiej przyjrzeć się temu, czym właściwie jest permakultura. I okazało się, że pod warstwą internetowych dyskusji i sporów kryje się całkiem sporo ciekawych rzeczy. Nie wszystko mi odpowiada i nie ze wszystkim się zgadzam, ale znalazłem tam sporo pomysłów, z których warto poczerpać.
Z permakultury czerpię przede wszystkim konkretne rozwiązania i sposób myślenia. Wykorzystywanie materii organicznej zamiast jej wyrzucania, poplony, ściółkowanie tam, gdzie ma to sens, wykorzystywanie resztek roślinnych, zwiększanie różnorodności, łączenie różnych roślin, korzystanie z przestrzeni pionowej czy ograniczanie niepotrzebnego przekopywania – to wszystko są rzeczy, które mogą mi się przydać.
Najbardziej interesuje mnie samo podejście do ogrodu. Zamiast patrzeć na niego wyłącznie jak na miejsce, w którym sadzi się rośliny w równych rzędach i zbiera plony, można pomyśleć o nim jako o pewnym układzie zależności. Ogród może być przecież swego rodzaju ekosystemem, w którym poszczególne elementy wzajemnie na siebie oddziałują. Chodzi też o wykorzystywanie tego, co już mamy, ograniczanie niepotrzebnej pracy i tworzenie warunków, w których ogród może funkcjonować trochę bardziej samodzielnie.
Jednocześnie nie zamierzam urządzić całego swojego ogrodu zgodnie z podręcznikowymi zasadami permakultury. Traktuję ją raczej jako zbiór pomysłów, technik i sposobów myślenia, które mogę wykorzystać we własnych warunkach.
Mam dość specyficzne warunki glebowe. Gleba na mojej działce nie jest wszędzie taka sama. Z tego, co widzę podczas kopania kolejnych dołów, mam tu różne proporcje gliny i piasku. W jednym miejscu ziemia jest wyraźnie bardziej gliniasta, w innym bardziej piaszczysta. Już drugi czy trzeci dół potrafił wyglądać trochę inaczej niż poprzedni. Z tego, co wiem, takie zróżnicowanie nie jest zresztą niczym szczególnym dla tego terenu.
Dlatego staram się pracować nad glebą, ale bez robienia z tego osobnego hobby. Robię kompost, wykorzystuję resztki roślinne i wszystko, co może się przydać do poprawiania jej jakości. Mój kompostownik to chyba jedna z najbardziej typowych rzeczy, jakie można spotkać na działkach – zwykła skrzynia z desek, do której wrzucam resztki roślinne. Kompostowanie odbywa się właściwie przy okazji. Nie mam potrzeby codziennie pilnować temperatury pryzmy, przekładać jej według jakiegoś harmonogramu czy budować skomplikowanego systemu. Wrzucam, co się nadaje, a resztę robi natura.
Właśnie takie podejście najbardziej mi odpowiada. Ogród ma być produktywny, ale nie chcę, żeby samo jego prowadzenie stało się kolejnym pełnoetatowym zajęciem z nadgodzinami. Jeśli jakieś rozwiązanie pozwala coś wykorzystać albo poprawić warunki w ogrodzie przy okazji normalnej pracy, to świetnie. Jeśli wymagałoby ode mnie ciągłego zajmowania się nim albo drastycznej zmiany przyzwyczajeń, prawdopodobnie szybko straciłbym zainteresowanie.
Stosuję także poplony. Wysiewam między innymi żyto ozime, łubin i gorczycę. Każda z tych roślin ma nieco inne właściwości, a ich systemy korzeniowe oddziałują na glebę w odmienny sposób. Żyto po sezonie pozostawiam na zimę, a wiosną przyoruję lub przekopuję. Nie jestem zwolennikiem bezwzględnego zakazu przekopywania. Uważam, że metoda uprawy powinna być dostosowana do warunków, a nie odwrotnie.
Zwracam uwagę na płodozmian, następstwo roślin i dobór gatunków. Interesuje mnie nie tylko to, co rośnie nad powierzchnią, ale również to, co dzieje się pod ziemią. Różne systemy korzeniowe, obecność roślin motylkowych czy odpowiednie zagospodarowanie gleby między głównymi uprawami mają dla mnie znaczenie.
Nie są to zresztą dla mnie wyłącznie techniki permakulturowe. Wiele z nich od dawna funkcjonuje również w tradycyjnym rolnictwie i ogrodnictwie. Nie przywiązuję szczególnej wagi do tego, z jakiego nurtu pochodzi dane rozwiązanie. Ważniejsze jest dla mnie, czy sprawdza się w praktyce.
Jednym z najbardziej widocznych przejawów moich inspiracji permakulturowych jest jadalny zagajnik. To nieco inne podejście do zagospodarowania przestrzeni niż w przypadku klasycznego warzywnika. Zamiast uprawiać wszystko w równych rzędach, chcę stworzyć bardziej zróżnicowaną, wielowarstwową przestrzeń. Drzewa, krzewy, byliny i rośliny zielne mogą tu współistnieć, tworząc układ, który z czasem może wymagać mniej intensywnej ingerencji niż tradycyjne kwatery.
Nie chodzi mi oczywiście o bezobsługowy ogród, bo taki w praktyce nie istnieje. Chciałbym jednak, aby zagajnik z czasem w coraz większym stopniu funkcjonował samodzielnie, a moja praca koncentrowała się przede wszystkim na zbiorach, obserwacji i niezbędnej pielęgnacji.
Podobną ideę chciałbym częściowo przenieść do tunelu foliowego. Oprócz tradycyjnych upraw planuję stworzyć tam coś w rodzaju jadalnego gąszczu. Chodzi mi o wykorzystanie przestrzeni w różnych kierunkach, również w pionie, oraz o bardziej swobodne zestawianie roślin. Nie zamierzam jednak rezygnować z produktywności. Tunel nadal ma dostarczać warzyw, a jego zagospodarowanie powinno być przede wszystkim funkcjonalne.
Nie oznacza to, że cały mój ogród urządzam w ten sposób. Mam również tradycyjny warzywnik z czterema kwaterami, w którym stosuję płodozmian i planuję następstwo upraw. Lubię porządek, możliwość kontrolowania poszczególnych kwater i przewidywalność zbiorów. Nie widzę powodu, żeby z tego rezygnować tylko dlatego, że zainteresowała mnie permakultura.
Nie jestem też zwolennikiem bezwzględnego stosowania metody No Dig, czyli uprawy bez przekopywania. Niektóre jej założenia, takie jak dostarczanie materii organicznej, ściółkowanie czy ograniczanie ugniatania gleby, uważam za wartościowe. Nie widzę jednak powodu, aby całkowicie rezygnować z jesiennego przekopywania, jeśli w moich warunkach ma ono sens.
Podobnie podchodzę do innych rozwiązań. Interesuje mnie zatrzymywanie deszczówki, ograniczanie strat zasobów, wykorzystywanie własnych sadzonek i rozsady, a także projektowanie ogrodu w taki sposób, by nie generował niepotrzebnej pracy i wydatków. Ważna jest dla mnie również obserwacja. Zamiast bezrefleksyjnie wdrażać kolejne modne rozwiązania, wolę sprawdzać, jak konkretne rośliny zachowują się w moim ogrodzie, co się udaje, a co wymaga poprawy.
W permakulturze najbardziej odpowiada mi właśnie takie myślenie całościowe. Patrzenie na ogród nie tylko przez pryzmat pojedynczej kwatery czy konkretnego gatunku rośliny, ale jako na przestrzeń, w której gleba, woda, rośliny, materia organiczna i człowiek pozostają ze sobą w relacji.
Jednocześnie nie zamierzam podporządkowywać całego ogrodu jednej koncepcji. Zależy mi zarówno na różnorodności, jak i na konkretnych plonach. Interesuje mnie samowystarczalność w pewnym zakresie, ale nie kosztem nadmiernego nakładu pracy. Lubię eksperymentować, ale nie rezygnuję z metod, które już się sprawdzają.
Dlatego permakultura jest dla mnie przede wszystkim inspiracją. Podobnie jak w przypadku minimalizmu czy zero waste, nie chodzi o realizowanie wszystkich założeń danego nurtu, lecz o wybieranie z niego tego, co rzeczywiście ma sens. Nie tworzę ogrodu według jednego podręcznika. Tworzę go na własnych warunkach, z uwzględnieniem możliwości działki, własnych potrzeb, dostępnego czasu i doświadczeń.
Jeśli przy okazji udaje mi się wykorzystać naturalne procesy, ograniczyć odpady, poprawić jakość gleby i uzyskać plony, to właśnie o taki efekt mi chodzi. Mój ogród nie będzie więc ani klasycznym warzywnikiem, ani podręcznikową permakulturą. Będzie trochę jednym, trochę drugim i przede wszystkim moim ogrodem.

Komentarze
Prześlij komentarz