Przez jakiś czas zastanawiałem się nawet, czy w ogóle ten wpis publikować. Pisanie o wierze i religii bardzo łatwo sprowadza się bowiem do dyskusji o klerze, instytucji Kościoła, jego błędach i wszystkich sporach, które wokół tego tematu narosły. A ja w takie dyskusje nie bardzo lubię wchodzić. Z prostego powodu. Wierzę, że Kościół jest apostolski. A apostolski oznacza dla mnie również ludzki. A skoro jest ludzki, to ze wszystkimi konsekwencjami ludzkiej natury – także z niedoskonałościami, błędami i wadami jego członków. Dlatego ten wpis nie będzie próbą oceniania Kościoła jako instytucji ani rozliczania duchownych. Chcę napisać raczej o tym, co z chrześcijaństwa, a właściwie przede wszystkim z katolicyzmu, zostało we mnie i w jaki sposób wpływa na to, jak patrzę na życie i jak staram się postępować.
Nie chcę jednak w tym miejscu budować własnego systemu wiary ani przedstawiać swoich poglądów jako jakiejś alternatywnej doktryny. To jest zresztą temat znacznie szerszy niż ten wpis. Z katolicyzmu i szerzej z chrześcijaństwa czerpię natomiast przede wszystkim pewne wskazówki dotyczące tego, jak postępować wobec innych ludzi. Szczególnie bliskie jest mi siedem ostatnich przykazań Dekalogu, czyli przykazania od czwartego do dziesiątego. W przeciwieństwie do pierwszych trzech, które dotyczą przede wszystkim relacji człowieka z Bogiem, te siedem odnosi się do relacji z innymi ludźmi – do rodziny, życia, własności, prawdy czy relacji z drugim człowiekiem. Nie traktuję ich jednak wyłącznie jako siedmiu konkretnych zakazów. Staram się patrzeć raczej na zasady, które za nimi stoją, i trochę je sobie rozszerzać.
„Czcij ojca swego i matkę swoją” rozumiem szerzej jako szacunek dla rodziców i starszych, choć oczywiście nie oznacza to obowiązku bezkrytycznego podporządkowania się im. Rozciągam tę zasadę również na szacunek dla poprzednich pokoleń i tego, co po sobie zostawiły. Dla mnie mieści się w tym szacunek do tradycji, do historii, do ludzi, którzy coś ważnego zrobili przed nami, w tym również do bohaterów narodowych. Można to chyba nazwać patriotyzmem, choć nie przepadam za jego patetycznym wydaniem. Chodzi mi raczej o zwyczajną świadomość, że nie zaczęliśmy świata od siebie. Żyjemy w rzeczywistości, którą w dużej mierze odziedziczyliśmy po poprzednich pokoleniach. Język, kultura, wiedza, budynki, drogi, narzędzia, książki, dzieła sztuki, ale też różne zwyczaje i sposoby radzenia sobie z życiem – to wszystko jest efektem czyjejś wcześniejszej pracy. Nie oznacza to oczywiście, że wszystko, co odziedziczyliśmy, należy bezkrytycznie zachowywać. Poprzednie pokolenia również popełniały błędy. Możemy pewne rzeczy odrzucać, zmieniać czy poprawiać. Ale czym innym jest krytyczne spojrzenie, a czym innym pogarda dla tego, co było przed nami. Dlatego szacunek dla poprzednich pokoleń rozumiem również jako szacunek dla ich dorobku. Skoro coś zostało stworzone, wypracowane albo ocalone przez ludzi żyjących przed nami, to dobrze przynajmniej wiedzieć, czym to jest, zanim uznamy, że jest nam zupełnie niepotrzebne.
„Nie zabijaj” rozumiem znacznie szerzej niż tylko jako zakaz pozbawiania życia. Dla mnie jest to również ogólny szacunek do życia jako takiego. Skoro życie ma dla mnie wartość, to powinienem je szanować także wtedy, gdy nie chodzi bezpośrednio o ludzkie życie. Z tego wynika dla mnie choćby niemarnowanie jedzenia. Żywność nie bierze się przecież znikąd. Żeby powstało jedzenie, jakieś istoty żywe musiały wcześniej żyć i w pewnym sensie oddać swoje życie. Roślina musiała wyrosnąć, a w przypadku mięsa życie musiało oddać zwierzę. Jeżeli więc wyrzucam jedzenie, które nadal można było wykorzystać, to marnuję również efekt tego życia.
„Nie zabijaj” rozumiem także jako dbanie o zdrowie. Nie tylko o własne, ale również o zdrowie innych ludzi, którzy znajdują się w moim otoczeniu. Jeżeli swoim zachowaniem mogę komuś niepotrzebnie zaszkodzić, powinienem brać to pod uwagę. Dobrym przykładem są papierosy. Kiedyś paliłem, ale nie wyobrażałem sobie palenia wśród osób niepalących. Wiedziałem, że może im to przeszkadzać, a przede wszystkim że dym tytoniowy im szkodzi. Sam fakt, że ja zdecydowałem się palić, nie dawał mi przecież prawa do narażania na to innych. To tylko przykład, ale dobrze pokazuje, co mam na myśli. W ten sposób „nie zabijaj” staje się dla mnie czymś znacznie szerszym: szanuj życie, nie marnuj go bez potrzeby, dbaj o swoje zdrowie i staraj się nie szkodzić zdrowiu innych.
„Nie cudzołóż” jest dla mnie przede wszystkim zasadą uczciwości i wierności w relacji z drugą osobą. Dzisiaj to przykazanie właściwie nie ma w moim życiu większego zastosowania. Od czasu rozwodu nie związałem się z żadną kobietą. Nie wynikało to jednak z tego przykazania ani z jakiejś szczególnej decyzji religijnej. Po prostu uznałem, że mając swoje lata, swoje przyzwyczajenia i swój sposób życia, nie bardzo mam ochotę podejmować kolejną próbę „układania sobie życia” z kimś nowym. W czasach małżeństwa starałem się natomiast żyć zgodnie z zasadą uczciwości i wierności. Nie będę jednak rozwijał tego tematu ani podawał przykładów. To było dawno temu, a dzisiaj zwyczajnie nie jest już częścią mojego życia. Obecnie można więc powiedzieć, że w tej dziedzinie pozostaję w pewnego rodzaju dobrowolnym celibacie. Choć chyba lepiej powiedzieć po prostu, że żyję sam i na razie całkiem dobrze mi z tym.
„Nie kradnij” to nie tylko nieprzywłaszczanie sobie cudzej własności. To również szanowanie własności innych i, w miarę możliwości, chronienie jej przed zniszczeniem czy utratą. Rozumiem to zresztą trochę szerzej. Jeżeli coś należy do kogoś innego, to nie daje mi to prawa do korzystania z tego bez jego zgody, niszczenia tego czy celowego powodowania straty. Dotyczy to również rzeczy, które mogą wydawać się mało istotne. Własność jest przecież najczęściej efektem czyjejś pracy, czasu albo pieniędzy. Nawet zwykła rzecz, którą ktoś kupił, oznaczała dla niego jakiś wydatek. Jeżeli więc mogę zadbać o cudzą własność, zamiast ją uszkodzić albo zmarnować, to po prostu powinienem to zrobić. Ale ta zasada ma dla mnie również bardziej prozaiczne zastosowania. Jeżeli w sklepie samoobsługowym biorę coś z półki, a później rezygnuję z zakupu, to nie odkładam tego byle gdzie. Odkładam na miejsce, z którego wziąłem. Ktoś przecież będzie musiał po mnie posprzątać albo szukać tego produktu. Kiedyś paliłem papierosy i również nie wyobrażałem sobie wyrzucenia niedopałka na chodnik czy gdzieś pod krzak. Skoro coś po sobie zostawiam, to nie uważam, że ktoś inny powinien sprzątać mój bałagan. Podobnie mam z jazdą komunikacją miejską. Nie wyobrażam sobie jechania autobusem „na gapę” tylko dlatego, że wiem, że tego dnia prawdopodobnie nie będzie kontroli. Jeżeli wsiadam do autobusu, płacę za przejazd. Kontrola biletów nie jest mi do tego potrzebna. To, że mogę uniknąć konsekwencji, nie zmienia faktu, że korzystam z czyjejś usługi. W tym sensie „nie kradnij” łączy mi się również z uczciwością. Nie chodzi tylko o to, żeby nie zabrać komuś czegoś dla siebie. Chodzi również o to, żeby nie korzystać z cudzej pracy, własności czy usług bez uczciwego rozliczenia. I chyba dlatego szacunek do cudzej własności jest dla mnie czymś więcej niż tylko przestrzeganiem zakazu kradzieży. To zwyczajna zasada: skoro coś nie należy do mnie, powinienem to szanować tak, jak chciałbym, żeby inni szanowali moje.
„Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu” sprowadza się dla mnie nie tylko do zakazu składania fałszywych zeznań. To przede wszystkim zasada uczciwości w mówieniu o innych ludziach. Rozumiem ją również jako powstrzymywanie się od przekazywania informacji, których prawdziwości sam nie znam. Jeżeli nie mam pewności, że coś jest prawdą, to nie powinienem przedstawiać tego jako faktu. Dotyczy to zresztą zarówno rzeczy złych, jak i dobrych. Jeżeli na przykład ktoś mówi o jakiejś osobie: „To złodziej”, a ja nie mam żadnego potwierdzenia, że rzeczywiście coś ukradł, to nie powinienem tego powtarzać jako faktu. Nawet jeśli ktoś mi tak powiedział i wydaje mi się to prawdopodobne.
I właśnie tutaj pojawia się coś takiego jak plotka. Dla mnie problemem z plotką nie jest tylko to, że może zawierać nieprawdę. Samo przekazywanie dalej niesprawdzonej informacji o drugim człowieku może być nieuczciwe. Szczególnie gdy dotyczy spraw prywatnych albo może wpłynąć na to, jak inni będą tę osobę postrzegać. Nie uważam przy tym, że każda rozmowa o innych ludziach jest plotkowaniem. Można przecież opowiadać o kimś, dzielić się własnym doświadczeniem czy ostrzegać przed czyimś zachowaniem. Ważne jest jednak, żeby odróżniać to, co sam wiem, od tego, co tylko usłyszałem. Ale działa to również w drugą stronę. Jeżeli ktoś opowiada o kimś, że jest wspaniałym człowiekiem, świetnym fachowcem czy zrobił coś dobrego, a ja sam nie mam podstaw, żeby to potwierdzić, to również nie powinienem przedstawiać tego jako pewnej informacji tylko dlatego, że brzmi dobrze. W tym sensie prawda nie powinna zależeć od tego, czy to, co mówimy o drugim człowieku, jest dla niego korzystne czy niekorzystne. Jeżeli czegoś nie wiem, to mogę powiedzieć, że nie wiem. Jeżeli znam tylko czyjąś opinię, mogę powiedzieć, że jest to czyjaś opinia. Nie muszę robić z cudzych słów faktów. I chyba właśnie to jest dla mnie najważniejsze w tym przykazaniu: nie przypisywać innym ludziom rzeczy, których nie jestem w stanie uczciwie potwierdzić. Ani winy, ani zasług. I nie puszczać dalej informacji tylko dlatego, że są ciekawe, sensacyjne albo dobrze się ich słucha.
Ostatnie przykazania dotyczące pożądania cudzej własności czy cudzej relacji również można, moim zdaniem, odczytać szerzej – jako pewną zasadę powściągliwości i szacunku dla tego, co należy do drugiego człowieka. Ale widzę w tym również coś więcej niż tylko zasadę moralną dotyczącą stosunku do innych. To może być także sposób na zachowanie własnego spokoju. Jeżeli ciągle patrzę na to, co mają inni i czego sam chciałbym mieć więcej, łatwo wpaść w pułapkę wiecznego niezadowolenia. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma większy dom, lepszy samochód, więcej pieniędzy, ciekawsze życie albo coś, czego akurat sam chciałbym mieć. Można w ten sposób bez końca porównywać się z innymi. Oczywiście samo pragnienie posiadania czegoś, co ma ktoś inny, nie musi być niczym złym. Jeżeli widzę u kogoś coś, co mi się podoba, i myślę sobie: „Też chciałbym coś takiego mieć”, może to być nawet całkiem zdrowa motywacja. Jeżeli skłania mnie to do uczciwej pracy, oszczędzania, zdobywania nowych umiejętności czy pracy nad sobą, to trudno uznać takie pragnienie za coś złego. Cudza własność, wiedza, umiejętności czy osiągnięcia mogą przecież być dla mnie inspiracją. Granica pojawia się wtedy, kiedy zamiast myśleć „też chciałbym to osiągnąć”, zaczynam myśleć „dlaczego on ma, a ja nie”. Zwłaszcza gdy pojawia się niezdrowa zazdrość, niechęć do drugiej osoby albo pragnienie, żeby to, co ma, przestało być jego. Jeżeli natomiast potrafię powiedzieć sobie: „To jest jego i dobrze, że to ma”, bez poczucia krzywdy czy niezdrowej zazdrości, to sam mam znacznie więcej spokoju. Nie muszę wszystkiego mieć, nie muszę z nikim konkurować i nie muszę traktować cudzego powodzenia jak własnej porażki. W tym sensie te ostatnie przykazania są dla mnie również pewną formą higieny własnego umysłu. Im mniej pożądam tego, co mają inni, i im mniej porównuję swoje życie z ich życiem, tym mniej powodów mam do frustracji, zazdrości i poczucia niedosytu. I chyba właśnie dlatego dobrze łączy mi się to z minimalizmem. Nie chodzi tylko o to, żeby mieć mniej rzeczy. Chodzi również o to, żeby mniej rzeczy uważać za potrzebne do własnego szczęścia.
Nie twierdzę oczywiście, że zawsze idealnie udaje mi się według tych zasad żyć. Jestem człowiekiem, a nie świętym. Chodzi raczej o to, żeby mieć jakiś punkt odniesienia i próbować postępować przyzwoicie również wtedy, kiedy nikt tego ode mnie nie wymaga. I chyba właśnie to zostało mi z chrześcijaństwa najmocniej. Nie wszystkie dogmaty, nie wszystkie zasady i niekoniecznie religijna praktyka, ale pewien sposób patrzenia na drugiego człowieka. Tak więc również w tym przypadku nie przyjmuję całego zestawu zasad tylko dlatego, że pochodzi z jednej tradycji. Biorę z niej to, co jest dla mnie przekonujące i co rzeczywiście pomaga mi określać, jak chcę żyć.

Komentarze
Prześlij komentarz