Mój nowy wymiar pracy

Po co pracujemy? Formalnie po to, żeby zapewnić sobie środki do życia. Sobie i ewentualnie osobom, które mamy na utrzymaniu. Można oczywiście dyskutować o podatkach, systemie, emeryturach czy o tym, kto „dokłada się do systemu”, ale nie o tym chcę tutaj pisać. Chcę spojrzeć na pracę z trochę innej perspektywy.


Większość ludzi w Polsce pracuje zawodowo około czterdziestu godzin tygodniowo. W zamian otrzymuje wynagrodzenie, za które może kupić jedzenie, ubrania, utrzymać mieszkanie i zapłacić rachunki. Taki model daje pewną stabilność. Wiadomo mniej więcej, kiedy i ile pieniędzy wpłynie na konto.

Ja wybrałem inną drogę. Moja praca nie ma jednej formy ani stałych godzin. Jest nią przede wszystkim ogrodnictwo, zbieractwo i przygotowywanie zapasów. Czasem pracuję kilka godzin dziennie, czasem od rana do zmierzchu, a czasem robię sobie dzień wolny. Wiele zależy od pory roku, pogody i tego, co akurat trzeba zrobić.

W pewnym sensie jest to sposób życia, który może przypominać niektóre elementy dawnej codzienności, szczególnie na wsi. Nie chcę jednak udawać znawcy historii ani twierdzić, że wiem dokładnie, jak wyglądała praca zwykłych ludzi w różnych epokach. Z pewnością wiele zależało od miejsca, czasu, zamożności i rodzaju zajęcia. Wiem natomiast, że samodzielne wytwarzanie żywności, przygotowywanie zapasów czy pozyskiwanie potrzebnych surowców stanowiło ważną część życia wielu gospodarstw. Dzisiaj również można w ten sposób funkcjonować, choć w innych warunkach i na własnych zasadach. I właśnie to postanowiłem sprawdzić.

Czasem wykonuję rzeczy, których wiele osób nie nazwałoby pracą. Przykładowo idę na spacer i zbieram różne surowce. Czy zbieractwo jest pracą? Dla mnie zdecydowanie tak. Jeżeli spędzam kilka godzin na zbieraniu roślin, które później wykorzystam do jedzenia, na herbatę albo do innych celów, to przecież wykonuję konkretne zajęcie. Jego efektem nie jest wypłata na koncie, ale coś, co mogę wykorzystać i czego w innych okolicznościach być może musiałbym szukać w sklepie.

Podobnie jest z ogrodem. Czasem cały sezon pracy zakończy się kilkoma skrzynkami warzyw, czasem zbiory będą znacznie skromniejsze. Nie zawsze wszystko się udaje i nie zawsze plony odpowiadają włożonemu wysiłkowi. Mimo to nie patrzę na każde zebrane warzywo wyłącznie przez pryzmat jego ceny w sklepie. Ktoś może przepracować kilka tygodni i kupić za zarobione pieniądze tyle ziemniaków, marchwi czy buraków, ile ja zbiorę przez cały sezon. Być może pod względem samej ilości jedzenia będzie to znacznie korzystniejsze. Tyle że ja nie uprawiam ogrodu po to, żeby konkurować ze sklepem. Chodzi mi o coś innego.

Przyzwyczailiśmy się do tego, że większość potrzeb zaspokajamy za pośrednictwem pieniędzy. Najpierw pracujemy, otrzymujemy wynagrodzenie, a później wydajemy je na rzeczy potrzebne do życia. To wygodny i w wielu sytuacjach zupełnie naturalny sposób funkcjonowania. W moim nowym trybie życia coraz więcej rzeczy zdobywam jednak bez tego pośrednictwa. Zamiast kupować warzywa, uprawiam je w ogrodzie. Zamiast kupować niektóre herbaty, zbieram rośliny i przygotowuję je samodzielnie. Przetwarzam żywność, robię zapasy i staram się wykorzystywać to, co mam pod ręką. W ten sposób część efektów mojej pracy trafia bezpośrednio do mojego codziennego życia, bez konieczności zamieniania ich najpierw na pieniądze. Nie oznacza to, że wszystko wychodzi taniej, jeśli policzyć każdą godzinę pracy. Nie zawsze też samodzielne przygotowanie czegoś ma sens ekonomiczny. Ale nie o samą kalkulację finansową mi chodzi. Ważne jest dla mnie to, że potrafię część swoich potrzeb zaspokoić własnymi siłami. Pieniądze nadal są potrzebne, ale nie muszę zdobywać ich na wszystko, czego używam i co jem.

Moim celem jest życie przy możliwie małych potrzebach. Nie chodzi o to, żeby mieć jak najmniej za wszelką cenę, lecz żeby mniej rzeczy było mi niezbędnych do codziennego funkcjonowania. Własne warzywa, zebrane rośliny, przetwory i zapasy pozwalają mi ograniczać wydatki, ale dają też pewną niezależność. Wiem, że nie wszystko muszę kupić. Oczywiście taki sposób życia ma swoje ograniczenia. Nie zapewnia stabilności, którą daje stała pensja. Jeśli plony się nie udadzą, będę mieć gorzej zaopatrzoną spiżarnię. Jeśli zabraknie mi czegoś, czego nie potrafię sam zdobyć lub wytworzyć, będę musiał to kupić. Samodzielność nie oznacza przecież, że człowiek jest w stanie zrobić wszystko.

Bez pieniędzy nadal się nie obejdę. Mam rachunki i potrzebuję rzeczy, których sam sobie nie wytworzę. Na razie korzystam jeszcze z pieniędzy, które zostały mi po poprzednim etapie życia. Wystarczy ich na kilka lat. Później będę musiał znaleźć inne źródła dochodu. Być może będzie to sprzedaż nadwyżek z ogrodu i przetworów, być może prace dorywcze, a może sezonowa praca w turystycznej okolicy, w której mieszkam. Tego jeszcze nie wiem i na razie nie muszę tego rozstrzygać.

Nie twierdzę, że to najlepszy sposób życia dla każdego. Nie każdy ma ziemię, odpowiednie warunki czy ochotę na taką codzienność. Mój sposób pracy również nie jest pozbawiony wad. Wymaga samodzielności, planowania i gotowości na to, że nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Ja jednak wybrałem właśnie taką drogę. Nie dlatego, że nie chcę pracować, ale dlatego, że chcę inaczej wykorzystywać swoją pracę. Zamiast przeznaczać cały jej efekt na zdobywanie pieniędzy, wolę część potrzeb zaspokajać bezpośrednio. Uprawiać, zbierać, przygotowywać i gromadzić.

Być może najważniejsza zmiana polega więc nie na tym, że pracuję mniej albo więcej. Zmieniło się przede wszystkim to, czemu moja praca służy i w jaki sposób przekłada się na moje życie. Nie wszystko muszę kupować. Nie wszystko musi mieć swoją cenę wyrażoną w złotówkach. Czasem efektem kilku godzin pracy jest po prostu pełny koszyk warzyw, słoiki w spiżarni albo zapas suszonych roślin na zimę. I to również jest dla mnie wartość.




Komentarze