Jednym z pomysłów na zdobywanie pieniędzy jest sprzedaż tego, co wyrośnie w ogrodzie. Możliwości widzę tu kilka. Mógłbym sprzedawać nadwyżki plonów, czyli to, czego sam nie zdołam wykorzystać, ale mógłbym też podejść do sprawy bardziej świadomie i celowo posadzić czegoś więcej, z myślą o późniejszej sprzedaży.
Oczywiście nie wszystkiego opłacałoby się uprawiać w tym celu. Ziemniaki są stosunkowo tanie, a ich uprawa wymaga sporo miejsca. Są jednak warzywa, które mogą przynieść większy przychód z metra kwadratowego. Myślę tu chociażby o fasolce szparagowej czy czosnku.
Weźmy za przykład ten ostatni. Załóżmy, że sprzedawałbym główki po 3–4 złote. Sto główek to 300–400 złotych ze sprzedaży. Przy odpowiedniej skali uprawy uzyskanie takiej ilości czosnku nie wydaje mi się wielkim wyzwaniem. Oczywiście trzeba jeszcze uwzględnić, że nie każda posadzona główka da udany plon, a nie wszystko, co wyrośnie, musi nadawać się do sprzedaży.
Nie zamierzam jednak na tym etapie bawić się w księgowego, który wylicza, co jest przychodem, co kosztem, co dochodem, co kosztem uzyskania przychodu i jakie jeszcze ekonomiczne pojęcia trzeba uwzględnić. Nie piszę biznesplanu ani nie staram się stworzyć profesjonalnej kalkulacji opłacalności. Chcę po prostu rozeznać się, czy sprzedaż plonów może być jednym ze sposobów na zdobywanie pieniędzy. Wiem, że 300–400 złotych uzyskane ze sprzedaży nie oznacza automatycznie takiej samej kwoty zarobku. Na szczegółowe rachunki przyjdzie czas, jeśli okaże się, że rzeczywiście jest o co walczyć.
Bo wyprodukować towar to jedno, a sprzedać – drugie. I właśnie nad tym drugim muszę się zastanowić. Pierwsza możliwość to sprzedaż bezpośrednia. Mógłbym pojechać do Ustki, znaleźć miejsce, w którym można legalnie prowadzić taką sprzedaż, rozłożyć stoisko i oferować swoje plony. Być może nawet by się to sprawdziło. Nie wiem jednak, ile czasu musiałbym poświęcić, żeby sprzedać towar, i czy liczba klientów uzasadniałaby takie zajęcie. Na razie widzę w tym raczej możliwość zarobku na niewielką skalę. Ale może się mylę? Nie wykluczam, że kiedyś spróbuję. Na ten moment jakoś nie widzę siebie w roli sprzedawcy stojącego przy stoisku i czekającego na klientów. Druga możliwość to sprzedaż przez internet. Tutaj nie musiałbym spędzać czasu na miejscu, czekając, aż ktoś zainteresuje się moim towarem. Klient składa zamówienie, ja przygotowuję paczkę i wysyłam ją w drogę. Brzmi całkiem sensownie.
Pojawia się jednak kwestia logistyki. Do najbliższego paczkomatu mam na tyle daleko, że każda wysyłka wymagałaby odpowiedniego zaplanowania. Niby nic wielkiego, ale wyobrażam sobie sytuację, w której jadę nadać paczkę, bo ktoś kupił ode mnie towar za 20–30 złotych. Czy to ma sens? Z drugiej strony i tak codziennie pokonuję rowerem kilka, a czasem nawet kilkanaście kilometrów. Mógłbym więc połączyć nadawanie paczek z innymi sprawami. To pewne utrudnienie, ale nie takie, które z góry przekreśla ten pomysł. Właściwie sprzedaż internetowa jest mi znacznie bliższa niż stanie przy ulicznym stoisku. Nie musi to zresztą być czosnek. Mógłbym sprzedawać również inne warzywa, zależnie od tego, co dobrze by u mnie rosło i na co znaleźliby się chętni. Najpierw jednak trzeba byłoby sprawdzić, jakie produkty mają sens, jak je wyceniać i gdzie szukać kupujących.
Na razie to tylko rozważania. Nie wiem jeszcze, czy sprzedaż plonów stanie się jednym ze sposobów na zdobywanie pieniędzy, czy pozostanie jedynie dodatkiem do mojego ogrodniczego zajęcia. Ale skoro i tak zamierzam uprawiać warzywa, warto przynajmniej zastanowić się, czy część tej pracy mogłaby przynieść mi również jakiś dochód.
A może materiał do sadzenia? Jest jeszcze jedna możliwość, trochę inna niż sprzedaż warzyw przeznaczonych do jedzenia. Mógłbym sprzedawać materiał do sadzenia. Na przykład czosnek, ale nie jako produkt spożywczy, tylko jako materiał do założenia własnej uprawy. Podobnie mogłoby być z kolorowymi ziemniakami, które sam zamierzam uprawiać, albo z innymi warzywami, jeśli udałoby mi się uzyskać odpowiednią ilość materiału. Nie musiałaby to być od razu jakaś wielka skala. Wystarczyłoby, że znalazłoby się kilka czy kilkanaście osób zainteresowanych mniej typowymi odmianami. Nie każdy chce przecież uprawiać dokładnie to samo, co można kupić w każdym sklepie ogrodniczym. Czasem ktoś szuka konkretnej odmiany ziemniaka, a czasem chce po prostu spróbować czegoś innego.
Jest tu jednak pewien problem. O ile sprzedaż zwykłych plonów wydaje mi się dość prosta do wyobrażenia, o tyle przy sprzedaży materiału do sadzenia zaczynam się zastanawiać nad przepisami. Nasiennictwo to osobny temat, a ja nie mam ochoty sprowadzać sobie na głowę PIORiN-u i wikłać się w formalności, których znaczenia nawet do końca nie rozumiem. Pewnie można by próbować jakoś to obejść. Kolorowe ziemniaki można przecież po prostu ugotować i zjeść, a czosnek również nadaje się do kuchni. Tyle że wszyscy wiemy, że w praktyce przeznaczenie towaru może być zupełnie inne niż to, co napisano w ogłoszeniu. PIORiN i inne instytucje też nie są głupie. Nie chcę udawać, że znalazłem sprytny sposób na ominięcie przepisów, bo przecież nie o to mi chodzi. Jeśli miałbym zarobić kilkaset złotych, a w zamian narobić sobie problemów, to gra zdecydowanie nie jest warta świeczki. Uważam, że legalność równa się spokojowi. Wolę zarobić mniej, ale spać spokojnie, niż zastanawiać się później, czy ktoś nie zakwestionuje sposobu, w jaki prowadzę sprzedaż. Nie twierdzę, że taka sprzedaż jest niemożliwa. Być może dałoby się ją zorganizować zgodnie z przepisami, ale zanim zacząłbym cokolwiek oferować, musiałbym dokładnie sprawdzić, co wolno sprzedawać, na jakich zasadach i jakie obowiązki wiązałyby się z takim zajęciem.
Na razie traktuję to więc jako kolejny pomysł, a nie konkretny plan. Sama możliwość jest ciekawa, zwłaszcza że niektóre rośliny można rozmnażać we własnym ogrodzie. Nie chciałbym jednak, żeby drobny sposób na dorobienie sobie pieniędzy zamienił się w dodatkowe źródło kłopotów.
Sprzedaż własnych przetworów. A może to jest właściwy kierunek? Kolejną możliwością jest sprzedaż własnych przetworów. Mam tu na myśli przede wszystkim kilka grup produktów: herbatki ziołowe, w tym iwan czaj, domowe octy oraz różnego rodzaju mieszanki ziołowo-herbaciane. Czy warto byłoby spróbować? W końcu i tak przygotowuję te rzeczy na własne potrzeby. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zrobić ich trochę więcej i część przeznaczyć na sprzedaż. Oczywiście pod warunkiem, że znajdą się chętni.
Ta opcja wydaje mi się nawet ciekawsza niż sprzedaż samych plonów. Jeśli wyprodukuję za dużo warzyw i nie uda mi się ich sprzedać, muszę jakoś wykorzystać nadwyżkę, a czasem zwyczajnie nie ma już na to dobrego sposobu. W przypadku niektórych przetworów wygląda to inaczej. Suszona herbatka może spokojnie poczekać na półce przez wiele miesięcy, a odpowiednio przygotowany ocet może być przechowywany znacznie dłużej. Jeśli nie uda mi się sprzedać wszystkiego, zostanie mi produkt, który sam i tak wykorzystam.
Nie oznacza to oczywiście, że niczym nie ryzykuję. Trzeba poświęcić czas na przygotowanie produktów, zdobyć opakowania, a jeśli myślę o regularnej sprzedaży, również sprawdzić związane z nią wymagania. Mimo to wydaje mi się, że ryzyko byłoby mniejsze niż w przypadku celowego uprawiania większej ilości warzyw wyłącznie z myślą o handlu.
Widzę tu przede wszystkim sprzedaż przez internet. Nie bardzo wyobrażam sobie, że stanę gdzieś w Ustce czy okolicy ze stolikiem, na którym wystawię buteleczki domowego octu i paczuszki z herbatką. Być może znaleźliby się zainteresowani, ale trudno mi uwierzyć, że przypadkowi przechodnie stanowiliby wystarczającą grupę klientów. W internecie łatwiej byłoby dotrzeć do osób, które rzeczywiście szukają takich produktów.
Jest jednak coś, co odróżnia ten pomysł od pozostałych. Gdybym faktycznie chciał zacząć sprzedawać własne octy i herbatkę iwan czaj, prawdopodobnie już teraz miałbym kilku pierwszych klientów. Mam na myśli dawnych znajomych, z którymi do tej pory częściej wymienialiśmy się własnymi wyrobami, niż kupowaliśmy je od siebie. Ja dawałem komuś trochę octu czy herbatki, a w zamian dostawałem coś innego. Niejednokrotnie słyszałem jednak, że gdybym miał więcej, chętnie by to ode mnie kupili. To już coś więcej niż zupełnie abstrakcyjny pomysł. Nie oznacza oczywiście, że mam zagwarantowaną sprzedaż, ale przynajmniej wiem, że istnieją osoby zainteresowane tym, co robię. Na początek mogłoby chodzić o kilka litrów octu i kilka kilogramów herbatki iwan czaj. Nie są to ilości, które zapewniłyby mi utrzymanie, ale przecież nie szukam jednego cudownego źródła dochodu. Rozważam różne możliwości, które razem mogłyby pomóc mi pokrywać koszty życia.
I przyznam, że właśnie ta opcja zaczyna mi się podobać najbardziej. Nie musiałbym zmieniać tego, co robię na co dzień. Przygotowywałbym własne wyroby tak jak dotychczas, tyle że w większej ilości. A potem sprawdziłbym, czy rzeczywiście da się znaleźć na nie odbiorców. Na razie nie wiem, dokąd mogłoby mnie to zaprowadzić, ale spośród omawianych możliwości ta wydaje mi się jedną z bardziej naturalnych.
A może sprzedaż ziół leczniczych? Jest jeszcze jeden pomysł, który na pierwszy rzut oka wydaje się całkiem naturalny. Skoro i tak zamierzam zbierać zioła, mógłbym zbierać ich więcej i część przeznaczać na sprzedaż. Mógłbym oferować sam susz, ale też przygotowywać jakieś podstawowe przetwory zielarskie. A gdybym się nauczył, może nawet maści czy inne preparaty.
Nie jest przecież wielkim problemem zebrać w odpowiednim czasie trochę ziół, wysuszyć je i odpowiednio przechować. Niektóre rosną w okolicy, inne mógłbym uprawiać u siebie. Teoretycznie dałoby się więc stworzyć kolejną niewielką grupę produktów, które nie wymagałyby ode mnie zupełnie nowego rodzaju pracy.
Tyle że tutaj zapala mi się lampka ostrzegawcza. W ostatnim czasie sporo mówiło się o tak zwanej ustawie Lex Szarlatan i obawach, jakie wzbudziła wśród osób zajmujących się zielarstwem w internecie. Nie czytałem dokładnie tych przepisów i, szczerze mówiąc, nie mam nawet szczególnej ochoty się w nie zagłębiać. Nie chcę wchodzić w obszar, w którym musiałbym pilnować nie tylko jakości własnych produktów, ale też tego, co wolno o nich napisać, jak je opisywać i jakie właściwości można im przypisywać. Nie twierdzę, że samo zbieranie i sprzedawanie ziół jest zakazane. Wiem, że sprawa jest bardziej złożona, niż sugerowałaby potoczna nazwa ustawy. Ale nie mam ambicji zostawać internetowym zielarzem, budować marki opartej na obietnicach zdrowotnych ani sprawdzać na własnej skórze, gdzie przebiegają granice poszczególnych przepisów. Dlatego na razie odpuszczam ten kierunek. Zioła będę zbierał, suszył i przerabiał, ale na własne potrzeby. Chcę korzystać z tego, co daje mi okolica, i czerpać z tego przyjemność, zamiast dokładać sobie kolejny temat do rozgryzania. Nie każda rzecz, którą dałoby się spieniężyć, musi od razu stawać się źródłem dochodu. Czasem lepiej zostawić coś dla siebie, zwłaszcza jeśli potencjalny zarobek nie jest wart dodatkowych formalności i niepewności.
Jak widać, kilka możliwości zdobywania dodatkowych pieniędzy jednak widzę. Nie wszystkie równie mi odpowiadają, a niektóre na razie odkładam na bok. Na początek chciałbym skupić się przede wszystkim na sprzedaży własnych przetworów, a konkretnie octów i herbatek. Te rzeczy i tak robię na własne potrzeby, więc nie musiałbym wymyślać sobie zupełnie nowego zajęcia. Mam też już pewne rozeznanie, bo dawni znajomi nieraz sygnalizowali, że chętnie kupiliby ode mnie więcej, gdybym miał czym się podzielić. Jeśli obecna partia octu wyjdzie tak, jak powinna, chyba po prostu się do nich odezwę i zapytam, czy nadal są zainteresowani. Od czegoś trzeba zacząć. Rozważam również sprzedaż nadwyżek plonów, ale tutaj podszedłbym do sprawy ostrożniej. Na początek wolałbym sprawdzić, czy w ogóle potrafię znaleźć kupców, zamiast od razu planować uprawy z myślą o sprzedaży i później martwić się, co zrobić z niesprzedanym towarem.
Weźmy choćby czosnek. Posadziłem około stu ząbków. Na własne potrzeby potrzebuję mniej więcej 40–50 główek rocznie, żeby mieć rozsądny zapas. Jeśli plon dopisze, pozostałe główki mógłbym spróbować sprzedać. Kilkadziesiąt sztuk to dobra ilość na pierwszą próbę. Zobaczyłbym, czy są chętni, ile czasu zajmuje znalezienie kupców i czy w ogóle warto się w to bawić. Jeśli okazałoby się, że taki sposób sprzedaży ma sens, w kolejnych sezonach mógłbym już świadomie planować większe nadwyżki. Z jednym zastrzeżeniem: chciałbym, żeby nadal były to takie ilości, które w razie całkowitej klapy będę w stanie wykorzystać we własnym gospodarstwie. Nie chcę produkować na handel na taką skalę, żeby później zostać z towarem, którego nie mam co zrobić.
Na razie nie mam więc żadnego wielkiego planu zarobkowego. Mam kilka pomysłów, które chcę spokojnie sprawdzić w praktyce. Zacznę od tego, co już robię i co nie wymaga ode mnie wywracania codziennego życia do góry nogami. Zobaczę, jakie będą efekty, i dopiero wtedy zdecyduję, czy warto rozwijać któryś z tych kierunków. W końcu nie chodzi mi o to, żeby za wszelką cenę stworzyć sobie kolejną pracę na pełny etat. Chciałbym raczej znaleźć kilka niewielkich źródeł dochodu, które pomogą mi utrzymać obecny sposób życia, a jednocześnie pozwolą nadal robić to, po co właściwie tutaj przyjechałem.
Komentarze
Prześlij komentarz