Czy mój ogród się opłaca?

Jeżeli patrzeć na to wyłącznie ekonomicznie, odpowiedź jest raczej prosta: nie. A przynajmniej nie w taki sposób, w jaki zwykle rozumie się opłacalność. 

W swoim ogrodzie chcę uprawiać ziemniaki, buraki, marchew, cebulę, czosnek, kapustę, fasolę i inne warzywa strączkowe. Do tego dochodzą truskawki, krzewy owocowe, takie jak porzeczki, agrest, aronia czy maliny, a także zioła, które można wykorzystać w kuchni i na herbatki. Nie chodzi mi więc o jedną czy dwie uprawy, ale o sporą różnorodność roślin, które mają dostarczać mi jedzenia przez cały rok.

Gdybym chciał podejść do sprawy wyłącznie od strony finansowej, znacznie rozsądniej byłoby wybrać kilka bardziej dochodowych upraw, na przykład czosnek czy fasolę, skupić się na nich, sprzedać plony, a za zarobione pieniądze kupić pozostałe warzywa i owoce. W ten sposób prawdopodobnie łatwiej byłoby osiągnąć lepszy wynik finansowy, niż próbując wyprodukować po trochu wszystkiego na własne potrzeby.

Trzeba przecież uwzględnić nie tylko koszt nasion, sadzeniaków, cebulek, nawozów czy innych materiałów potrzebnych na starcie. Dochodzi również czas poświęcony na przygotowanie gleby, siew, sadzenie, pielenie, podlewanie, pielęgnację i zbiór. A później jeszcze przechowywanie plonów, przetwarzanie ich i przygotowywanie zapasów na zimę. To wszystko ma swoją wartość, nawet jeśli nie płacę sam sobie za wykonaną pracę.

Jest też ryzyko niepowodzeń. Nasiona nie zawsze wschodzą tak, jak powinny, pogoda potrafi pokrzyżować plany, szkodniki mogą ograniczyć zbiory, a niektóre rośliny po prostu nie udają się tak, jak zakładałem. Szczególnie na początku, kiedy dopiero poznaję tutejszą ziemię i warunki, muszę liczyć się z próbami, błędami i stratami. Nie każdy wydatek przyniesie plon, a nie każda godzina pracy przełoży się na pełną skrzynkę warzyw.

Do tego dochodzi kwestia skali. Kilka krzaków czy krótki rządek danego warzywa może uzupełnić domową spiżarnię, ale trudno oczekiwać, że będzie to najbardziej ekonomiczny sposób na jego pozyskanie. Przy większej produkcji można lepiej wykorzystać czas i przestrzeń, natomiast przy uprawie wielu gatunków trzeba zajmować się różnymi terminami siewu, wymaganiami i sposobami przechowywania.

Mógłbym więc ograniczyć ogród do kilku upraw, a resztę kupować. Tylko że wtedy właściwie mijałby się z celem cały mój pomysł. Chcę mieć możliwie dużo własnego jedzenia. Nie tylko świeżych warzyw w sezonie, ale również ziemniaków i innych produktów, które można przechowywać przez zimę, owoców, ziół i przetworów. Chcę też z czasem coraz więcej rzeczy rozmnażać samodzielnie, zamiast co roku kupować materiał do uprawy. Zachowywać własne nasiona, sadzeniaki czy cebulki, tam gdzie jest to możliwe i praktyczne. Dzięki temu ogród ma stopniowo stawać się coraz bardziej samodzielny, a ja mam coraz mniej rzeczy do kupowania, żeby móc go prowadzić.

Ten model życia stał się moim marzeniem kilkanaście lat temu. Kilka lat po tym, jak zorganizowałem sobie działkę ROD i zacząłem się nią zajmować, coraz częściej myślałem o życiu bliżej ogrodu. Wtedy właśnie narodziło się marzenie o własnym domku z ogrodem. Pamiętam, że robiąc coś na działce, często wyobrażałem sobie, że właściwie mieszkam już w takim miejscu. Że wychodzę z domu prosto do ogrodu, że część jedzenia pochodzi z własnej ziemi, że zamiast jechać gdzieś po warzywa, mogę po prostu pójść kilka metrów i je zebrać. Że to, co robię na działce, nie jest tylko sposobem na spędzanie wolnego czasu, ale częścią codziennego życia. Dzisiaj w dużej mierze tworzę właśnie takie warunki, o jakich wtedy marzyłem. I chyba dlatego trudno mi patrzeć na ten ogród wyłącznie przez pryzmat ekonomicznej opłacalności.

Owszem, mogę policzyć godziny pracy i porównać je z ceną ziemniaków w sklepie. Mogę uwzględnić nasiona, przygotowanie gleby, nawożenie, wodę, narzędzia i wszystkie inne wydatki. Mogę nawet przyjąć jakąś umowną stawkę za każdą godzinę spędzoną w ogrodzie. Wtedy okaże się, że niektóre warzywa bez problemu kupiłbym taniej, niż kosztuje mnie ich wyprodukowanie, jeśli doliczyć również czas.

Weźmy choćby ziemniaki. To jedna z podstawowych upraw w moim planie, bo chciałbym zgromadzić zapas, który wystarczy mi na większą część roku. W sklepie można kupić je za stosunkowo niewielkie pieniądze. Gdybym więc zestawił koszt zakupu kilkuset kilogramów ziemniaków z wartością czasu, który musiałbym poświęcić na ich uprawę, wynik mógłby przemawiać na korzyść sklepu. Tylko ile właściwie godzin musiałbym przepracować w ogrodzie, żeby wyprodukować taką ilość? I jak porównać te godziny z czasem, który i tak spędzam na pielęgnowaniu swojego miejsca? To pytanie jest dla mnie ciekawsze niż samo stwierdzenie, że ziemniaki w sklepie są tanie. Nie znam jeszcze odpowiedzi. 

Nie chcę udawać, że własne jedzenie zawsze jest tańsze. Nie jest. Nie chcę też na siłę udowadniać, że każda uprawa ma sens ekonomiczny. Są rośliny, które łatwiej i taniej kupić, szczególnie jeśli potrzebuję ich niewiele. Są też takie, których uprawa może okazać się bardzo wydajna, zwłaszcza kiedy nauczę się lepiej wykorzystywać przestrzeń i samodzielnie pozyskiwać materiał do dalszej uprawy.

Podobnie patrzę na przetwory. Mogę kupić słoik w sklepie, ale własny słoik oznacza wykorzystanie tego, co wyrosło u mnie, i zapas jedzenia, który mam pod ręką. Ogród daje mi więc nie tylko świeże produkty, ale też możliwość rozłożenia ich wykorzystania na wiele miesięcy.

Nie oznacza to oczywiście, że zamierzam produkować wszystko sam. Nadal będę kupował rzeczy, których nie jestem w stanie sensownie wytworzyć na swojej powierzchni albo których produkcja byłaby kompletnie niepraktyczna. Nie planuję przecież zamieniać każdej wolnej przestrzeni w miejsce produkcji żywności ani rezygnować z zakupów tylko po to, żeby móc powiedzieć, że wszystko mam własne. Chodzi raczej o przesunięcie proporcji, żeby jak największa część jedzenia, które rzeczywiście mogę wyprodukować, pochodziła z mojego ogrodu.

Nie zamierzam też tworzyć tutaj miniaturowego gospodarstwa ogrodniczego, w którym każda uprawa ma być jak najbardziej wydajna, każda godzina pracy wykorzystana do maksimum, a każdy kawałek ziemi przynosić jak największy plon. Nie chcę podporządkowywać całego życia ekonomii i nieustannej optymalizacji.

Chcę uprawiać własne warzywa, zbierać owoce, robić przetwory i cieszyć się tym, że mam coś swojego. Chcę mieć satysfakcję z wykopania ziemniaków, które sam posadziłem, i radość z obiadu przygotowanego z warzyw z własnego ogrodu. Chcę zimą otworzyć słoik kompotu z własnych owoców, a wieczorem zaparzyć herbatkę z ziół, które zebrałem w okolicy i samodzielnie wysuszyłem. To są drobiazgi, które trudno wycenić, a które dla mnie mają znaczenie. Nie chodzi tylko o to, żeby mieć jedzenie. Chodzi również o całą drogę, która do niego prowadzi: od przygotowania ziemi, przez siew i pielęgnację, aż po zbiór i wykorzystanie plonów. O świadomość, że coś, co leży na moim talerzu albo znajduje się w słoiku w spiżarni, powstało dzięki mojej pracy i miejscu, w którym żyję.

Oczywiście zależy mi na tym, żeby nie utrudniać sobie życia bez potrzeby i szukać rozwiązań, które sprawdzają się w moich warunkach. Nie chcę jednak podporządkowywać całego ogrodu dążeniu do maksymalnej wydajności. Nie muszę mieć największych plonów z każdego metra kwadratowego ani najniższego kosztu wyprodukowania kilograma warzyw. Chcę po prostu prowadzić ogród po swojemu, rozsądnie gospodarować czasem i zasobami, ale jednocześnie czerpać radość z tego, co robię. Bo ostatecznie nie chodzi mi o bicie rekordów ani udowadnianie, że potrafię wyprodukować coś taniej niż inni. Chodzi o sposób życia, który wybrałem i który daje mi satysfakcję.

Ten ogród ma mi służyć, ale ja również chcę czerpać przyjemność z samego zajmowania się nim. Nie chcę zamienić go w kolejne miejsce, w którym liczą się przede wszystkim wyniki, normy i efektywność. Właśnie od takiego podejścia chcę trochę odpocząć. To ma być sposób na życie, a nie kolejny biznes do prowadzenia.

Mógłbym zresztą urządzić ten teren zupełnie inaczej. Zamiast warzywnika zrobić duży trawnik z roślinami ozdobnymi. Też wymagałoby to trochę pracy, ale prawdopodobnie znacznie mniej niż uprawa warzyw, ich zbieranie i przygotowywanie zapasów. Mógłbym mieć ładny ogród, w którym przede wszystkim odpoczywam, zamiast ogrodu, który w dużej mierze ma dostarczać mi jedzenia.

Mógłbym też pracować zawodowo na ułamek etatu albo tylko przez część roku. W sezonie zarabiałbym pieniądze, za które kupiłbym zapas ziemniaków i innych warzyw, a później zrobił z nich mnóstwo przetworów. Byłoby to wszystko znacznie prostsze. Prawdopodobnie również bardziej opłacalne pod względem czasu i pieniędzy.

Tylko że nadal nie byłoby tym, o czym marzyłem. Bo moim marzeniem nie było po prostu mieszkać w domku z ogrodem. Chciałem żyć w tym ogrodzie, uprawiać go, zbierać z niego jedzenie i możliwie dużą część tego jedzenia przechowywać na kolejne miesiące. Chciałem, żeby ogród nie był wyłącznie otoczeniem domu ani miejscem, w którym spędzam wolny czas, ale czymś znacznie ważniejszym: częścią mojego codziennego życia i jednym ze źródeł utrzymania. Chciałem żyć ogrodem a nie tylko żyć w ogrodzie. To chyba najlepiej oddaje mój plan na życie. Właśnie dlatego mój ogród nie musi być najbardziej opłacalnym rozwiązaniem. Ma przede wszystkim być realizacją pewnego marzenia. Nie wszystko, co się nie opłaca finansowo, jest nieopłacalne.



STRONA GŁÓWNA BLOGA


Komentarze