Kiedy dzisiaj wspominam swoje pierwsze tygodnie tutaj, dochodzę do wniosku, że sam sobie trochę utrudniałem życie. Chciałem mieć wszystko od razu. Gotowy domek, urządzony ogród, grządki pełne warzyw, posadzone drzewa i krzewy. Najlepiej jeszcze przed końcem lata.
Tymczasem rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. Domek wymagał jeszcze sporo pracy, a ogród istniał przede wszystkim w mojej głowie i na rysunkach. Zajmowałem się wszystkim jednocześnie. Raz robiłem coś przy chatce, za chwilę szedłem przygotowywać ziemię, potem przypominałem sobie o kolejnej rzeczy, którą koniecznie trzeba było zrobić. Tu wysiałem poplon, żeby zwiększyć udział materii organicznej w glebie, tam próbowałem uprawiać jakieś warzywa. Każdy dzień przynosił nowy pomysł, a wraz z nim kolejne zadanie. Chciałem w ciągu jednego sezonu nie tylko zorganizować ogród, ale też doczekać się pierwszych plonów. I w pewnej mierze mi się to udało. Miałem swoje warzywa, mogłem już coś zebrać i wykorzystać w kuchni. Nie wszystko poszło na marne. Bywałem jednak zmęczony tym ciągłym bieganiem od jednego zadania do drugiego.
Z perspektywy czasu widzę, że dzisiaj zorganizowałbym to inaczej. Potraktowałbym pierwszy sezon przede wszystkim jako czas na przygotowanie domu i ogrodu, bez większego nastawienia na plony. Przecież moim głównym celem mogło być samo przygotowanie ziemi pod przyszłe uprawy. Wysiew roślin poplonowych, nawet w czerwcu czy lipcu, jesienne przekopanie części terenu, a następnie ponowny wysiew poplonów tam, gdzie było to możliwe. Zresztą częściowo właśnie tak robiłem. Problem w tym, że brakowało mi systematycznego planu. Działałem raczej spontanicznie, pod wpływem kolejnych pomysłów i tego, co akurat wydawało mi się najpilniejsze. Trochę nie po mojemu, bo przecież zawsze lubiłem mieć rzeczy poukładane. A jednak w pierwszych tygodniach chciałem zrobić wszystko naraz.
Powinienem był ustalić sobie kolejność działań. Najpierw doprowadzić domek do takiego stanu, żeby można było w nim w miarę wygodnie mieszkać, później zająć się pozostałymi pracami. Równolegle prowadzić w ogrodzie przede wszystkim prace organizacyjne, przygotowując go na kolejne sezony. Bez presji, że już teraz musi dawać konkretne plony. Najzabawniejsze jest to, że przecież właśnie od takiego życia chciałem uciec. Od ciągłego pośpiechu, obowiązków i poczucia, że zawsze jest jeszcze coś do zrobienia. A tutaj, na własne życzenie, zafundowałem sobie dokładnie to samo.
Czy mocno żałuję tego całego zamieszania? Trochę tak. Z pewnością można było wiele rzeczy zrobić spokojniej, rozsądniej i z lepszym planem. Z drugiej strony coraz częściej myślę, że po prostu taki był etap w moim życiu. Dopiero zaczynałem tutaj wszystko od nowa, miałem mnóstwo pomysłów i zwyczajnie chciałem jak najszybciej zobaczyć ich efekty. Dzisiaj patrzę na to już z pewnego dystansu. Na spokojnie analizuję, co można było zrobić inaczej, wyciągam wnioski, a przy okazji trochę sam się z siebie śmieję i pukam w czoło. Bo przecież nie po to przeprowadzałem się do małej chatki z ogrodem, żeby dalej żyć w ciągłym pośpiechu. A ogród? On nigdzie nie ucieknie. Na niektóre rzeczy można po prostu poczekać do następnego sezonu.
Komentarze
Prześlij komentarz