Zupa kalafiorowa - nie tylko różyczki lądują w garnku

Kalafior był dla mnie dość cennym warzywem, więc kiedy już go kupiłem, postanowiłem wykorzystać go możliwie najlepiej. Nie tylko to, co zwykle trafia do garnka. 


Do zupy kalafiorowej użyłem więc oczywiście różyczek, ale także obranych ogonków liściowych oraz głąba. Wystarczyło je obrać i pokroić. Szkoda wyrzucać coś, co spokojnie można zjeść.



A to, czego już nie dało się wykorzystać w kuchni, też nie trafiło do śmieci. Obierki i pozostałe resztki warzyw poszły na jedną z kwater. Postanowiłem w tym miejscu przez zimę wrzucać odpadki kuchenne, a wiosną wszystko przekopię z ziemią. Zobaczymy, jak to się sprawdzi.


A sama zupa? Klasycznie i bez żadnej filozofii. Kalafior, ziemniaki, marchew, seler, por i trochę tłuszczu. Czyli właściwie taka zupka na bogato. Wszystkie warzywa pokroiłem, wrzuciłem do garnka i gotowałem do miękkości. I właściwie tyle. Zupa wyszła na dwa dni.

Ponieważ nie mam lodówki, drugą porcję po prostu odpowiednio zabezpieczyłem i przechowywałem na zewnątrz.




STRONA GŁÓWNA BLOGA


Komentarze