Byłem na targach ogrodniczych w Słupsku. Właściwie nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać. Nie szukałem wcześniej specjalnie informacji o tym wydarzeniu. Interesowało mnie właściwie tylko to, gdzie się odbywa i jak tam dojechać Nie czytałem opisów ani opinii innych osób. Uznałem, że po prostu pojadę i sam zobaczę, co tam będzie.
Jeśli chodzi o rozmiar, to z jednej strony, jak na targi, było całkiem duże. Z drugiej gdyby potraktować to jak jakiś festyn czy imprezę folklorystyczną, wydawało się raczej niewielkie. Właściwie nadal nie do końca wiedziałem, czym te targi mają być. Chwilę poobserwowałem wszystko z górki i w końcu zszedłem na dół.
Moje zaskoczenie. Otóż, skoro są to targi ogrodnicze, spodziewałem się przede wszystkim stoisk ogrodniczych albo przynajmniej związanych z ogrodnictwem czy rolnictwem. Ewentualnie jakichś przetworów czy innych produktów będących efektem uprawy - jako plonów rolnych czy ogrodniczych. Tymczasem zaskoczyła mnie całkiem spora liczba stoisk, które z rolnictwem czy ogrodnictwem nie miały właściwie nic wspólnego.
Wiklinowe kosze... Oj, długo się zastanawiałem nad zakupem. Ceny wysokie. Przecież zwykłe wiaderka służą do tego samego i działają tak samo, a kosztują o wiele mniej. Wiaderko 15–20-litrowe i większe mogę kupić za 20–30 zł. Tutaj ceny koszy nadających się do zbierania i noszenia zaczynały się od ponad 100–150 zł. No ale cóż. Szybko sprawdziłem na Allegro ceny takich koszy i okazało się, że wcale nie są dużo niższe.
Kupiłem więc dwa kosze. A co tam, zaszalejmy. W końcu przeprowadzając się tutaj, chciałem trochę odejść od wszechobecnego plastiku. Nie chodzi oczywiście o to, żeby nagle wyrzucić wszystkie wiaderka i zastąpić je wikliną. Ale skoro i tak potrzebuję czegoś do zbierania i przenoszenia plonów, to czasem można wybrać coś bardziej naturalnego i po prostu przyjemniejszego w używaniu.
Będą służyć przede wszystkim do zbierania plonów - ziemniaków, warzyw, owoców czy wszystkiego tego, co trzeba z ogrodu zebrać i przenieść. Przydadzą się też pewnie podczas zbierania różnych rzeczy poza ogrodem. Czyli wiaderka zostają, ale od teraz mam też wiklinowe kosze. I chyba właśnie po to je kupiłem - nie dlatego, że są niezbędne, tylko dlatego, że pasują do tego miejsca i do tego, jak chcę tutaj żyć.
Długo zastanawiałem się również nad wrzosami. Bardzo mi się podobały i pomyślałem, że mogłyby być ciekawym uzupełnieniem kwaterki z borówkami. Pasowałyby tam zarówno wizualnie, jak i klimatem. Ostatecznie jednak odpuściłem. Żeby miało to sens, musiałbym kupić ich całkiem sporo. Raz koszt, dwa pozostawała jeszcze kwestia doniesienia tego wszystkiego do domu. A przecież nie pojechałem tam po to, żeby wracać obładowany po czubek głowy. ;-)
Sadzonki borówek. Duże, ładne, rozrośnięte krzewy. I tutaj kolejne zaskoczenie - cena 20 zł za sztukę. A ja za jednoroczne kikuty płaciłem po kilkanaście złotych. Gdybym wiedział wcześniej, że na takich targach można kupić już wyrośnięte krzewy w takiej cenie, pewnie wstrzymałbym się z zakupem na Allegro. Tym bardziej że borówki i tak planuję posadzić u siebie w większej liczbie. Te, które kupiłem wcześniej, będą potrzebowały jeszcze roku czy dwóch, żeby osiągnąć takie rozmiary. Gdybym od razu kupił takie wyrośnięte okazy, jest spora szansa, że już w przyszłym sezonie miałbym z nich co zbierać.
No ale cóż - żadnej straty właściwie nie poniosłem. Po prostu zaskoczyła mnie ta cena. 20 zł za tak duży, wyrośnięty krzew wydało mi się naprawdę niewiele. No chyba że te 20 zł było w euro albo dolarach, w co jednak mocno wątpię ;-)
Było też stoisko z małymi rybkami. Nie ozdobnymi, przynajmniej tak mi się wydawało. Jakie to były gatunki? Nie mam pojęcia, na rybach się po prostu nie znam. Ale przyznam, że przez chwilę zastanawiałem się: co właściwie robią rybki na targach ogrodniczych? Potem pomyślałem, że przecież ogród to nie tylko warzywnik, rabaty i drzewa. Ktoś ma oczko wodne, staw, może większy zbiornik, i wtedy ryby też są częścią ogrodu. Dla mnie jednak był to kolejny przykład tego, że te targi były trochę szersze, niż początkowo sobie wyobrażałem.
Na tym samym terenie jest też Park Wodny „Trzy Fale”. Oczywiście nie była to część targów, ale skoro już tam trafiłem, to dobrze wiedzieć, że jest. Być może za jakiś czas wybiorę się tutaj popływać, a może nawet zjechać na jakiejś zjeżdżalni. No chyba że to rozrywka zarezerwowana wyłącznie dla młodzieży, a staruszkom takim jak ja już nie wolno ;-)
Z wizyty jestem zadowolony. Spędziłem czas trochę inaczej niż zwykle, połaziłem, pooglądałem i przede wszystkim zobaczyłem na żywo rzeczy, które normalnie oglądałbym tylko w internecie. Kilka roślin naprawdę wpadło mi w oko i przy okazji trochę się zainspirowałem. Kupiłem też „trochę” cebulek kwiatowych. ;-) Nie planowałem tego jakoś szczególnie, ale skoro już były przede mną, to kilka trafiło do koszyka. Takie właśnie bywają skutki jeżdżenia na targi bez konkretnej listy zakupów.
Za to kilka gatunków krzewów naprawdę wpadło mi w oko. Nie kupowałem ich jednak pod wpływem chwili. Być może na któryś z nich się zdecyduję, ale najpierw muszę się zastanowić, gdzie miałbym je posadzić i czy rzeczywiście są mi potrzebne.
I chyba właśnie to było w tych targach najfajniejsze. Nie pojechałem z konkretnym planem zakupowym, a mimo to wróciłem z kilkoma nowymi pomysłami. A teraz będę mógł je sobie spokojnie poukładać i zdecydować, które z nich rzeczywiście mają sens w moim ogrodzie.
Komentarze
Prześlij komentarz