Kupiłem czosnek słoniowy. Dotarł, więc pozostaje go posadzić. Planuję zrobić to w październiku, podobnie jak czosnek ozimy. Z czosnkiem słoniowym wiąże się zresztą mała historia.
Uprawiałem go już kiedyś. Niezbyt długo, kilka sezonów. Pierwszą główkę kupiłem w czasach, gdy czosnek słoniowy był jeszcze nowością i kosztował całkiem sporo. Nie pamiętam już dokładnej ceny, ale z pewnością nie był to zakup, nad którym przechodziło się obojętnie. Główkę podzieliłem i posadziłem. Po roku miałem już własny materiał do dalszego rozmnażania, więc znowu go posadziłem. I tak przez jakiś czas.
Tyle że… jakoś szczególnie mnie nie zachwycił. Ani to czosnek, ani cebula. Smakowo było mi w nim coś z pora, taka trochę „piętka pora”. Skoro miałem przecież normalny czosnek i normalną cebulę, uznałem w końcu, że ciekawość została zaspokojona i można zakończyć tę zabawę.
I rzeczywiście, niewielką uprawę zlikwidowałem. Po prostu wyjadłem plon i nie sadziłem już ponownie. Teraz jednak sobie o nim przypomniałem i postanowiłem wrócić do uprawy. Tyle że tym razem patrzę na niego trochę inaczej. Po pierwsze, mogę samodzielnie uzyskiwać materiał do dalszego rozmnażania. Po drugie, jego smak, który kiedyś uważałem za wadę, dziś właściwie zaczyna być zaletą. Skoro jest bardziej zbliżony do cebuli, może po prostu potraktuję go jako jej uzupełnienie, a nawet częściowy zamiennik. I w ten sposób czosnek słoniowy trafia u mnie do zupełnie innej kategorii: nie „ciekawostka do wypróbowania”, ale warzywo, które może mieć swoje konkretne miejsce w ogrodzie.

Komentarze
Prześlij komentarz