Pod jednym z wpisów na grupie o małych gospodarstwach napisałem ostatnio komentarz o tym, że mała skala często po prostu nie opłaca się finansowo. Później pomyślałem, że właściwie podobnie wygląda sytuacja z moim ogrodem. Czy mój ogród w ogóle się opłaca? Jeżeli patrzeć na to wyłącznie ekonomicznie, odpowiedź jest raczej prosta: nie. W swoim ogrodzie zamierzam uprawiać sporo różnych rzeczy. Z punktu widzenia opłacalności znacznie rozsądniej byłoby wybrać kilka bardziej dochodowych upraw, np. czosnek, fasolkę czy coś jeszcze, skupić się na nich, sprzedać plony i za zarobione pieniądze kupić resztę warzyw.
Tylko że wtedy właściwie mijałby się z celem cały mój pomysł. Chcę mieć możliwie dużo własnego jedzenia. Ziemniaki, cebulę, czosnek, fasolę, buraki, inne warzywa korzeniowe, zioła, owoce i przetwory. Chcę też z czasem coraz więcej rzeczy rozmnażać samodzielnie, zamiast co roku kupować materiał do uprawy.
Ten model życia stał się moim marzeniem jakieś kilkanaście lat temu. Kilka lat po tym, jak zorganizowałem sobie działkę ROD i zacząłem się nią zajmować, zacząłem coraz częściej myśleć o życiu bliżej ogrodu. Wtedy właśnie narodziło się marzenie o własnym domku z ogrodem.
Pamiętam, że robiąc coś na działce, często wyobrażałem sobie, że właściwie mieszkam już w takim miejscu. Że wychodzę z domu prosto do ogrodu, że część jedzenia pochodzi z własnej ziemi, że zamiast jechać gdzieś po warzywa mogę po prostu pójść kilka metrów i je zebrać.
Dzisiaj w dużej mierze tworzę właśnie takie warunki, o jakich wtedy marzyłem. I chyba dlatego trudno mi patrzeć na ten ogród wyłącznie przez pryzmat ekonomicznej opłacalności. Owszem, mogę policzyć godziny pracy i porównać je z ceną ziemniaków w sklepie. Mogę dojść do wniosku, że pewne rzeczy znacznie łatwiej i taniej byłoby po prostu kupić.
Tylko że wtedy porównuję coś więcej niż dwie ceny. Porównuję sposób życia, o którym kiedyś tylko marzyłem, z życiem, które mogłem prowadzić gdzie indziej. I oczywiście, gdybym policzył swoją pracę według stawki godzinowej, pewnie wyszłoby absurdalnie drogo. Niektóre warzywa bez problemu kupiłbym w sklepie taniej, niż kosztuje mnie ich wyprodukowanie, jeśli uwzględnić czas, nasiona, przygotowanie gleby, podlewanie, narzędzia itd.
Weźmy ziemniaki. Załóżmy dla prostoty, że moja godzina pracy zawodowej jest warta 30 zł. W sezonie ziemniaki można kupić powiedzmy za 2 - 3 zł za kilogram. Przyjmijmy dla uproszczenia, że godzina pracy jest warta 30 zł (punktem odniesienia jest "najniższa krajowa"). Tydzień pracy to 40 godzin, czyli 1200 zł. Przy cenie ziemniaków 2 - 3 zł za kilogram za taki tydzień pracy mogę kupić 400 - 600 kg ziemniaków. To już prawie cały mój planowany roczny zapas, który szacuję na 600 - 700 kg. I teraz zaczyna się dla mnie ciekawe pytanie: ile godzin będę musiał przepracować w ogrodzie, żeby wyprodukować te 600 - 700 kg?
Ale jest jeszcze druga strona. Własne ziemniaki to nie tylko kilogram ziemniaków. To również możliwość ich przechowania, niezależność od sklepu, możliwość zachowania części materiału do dalszej uprawy. Własny czosnek może dać materiał do sadzenia na następny rok. Fasola może być jednocześnie jedzeniem i nasionami. Zioła mogę wysuszyć i wykorzystać przez kolejne miesiące.
Podobnie patrzę na przetwory. Mogę kupić słoik w sklepie, ale własny słoik oznacza wykorzystanie tego, co wyrosło u mnie, i zapas jedzenia, który mam pod ręką.
Nie oznacza to oczywiście, że zamierzam produkować wszystko sam. Nadal będę kupował rzeczy, których nie jestem w stanie sensownie wytworzyć na swojej powierzchni albo których produkcja byłaby kompletnie niepraktyczna. Chodzi raczej o przesunięcie proporcji: żeby jak największa część jedzenia, które rzeczywiście mogę wyprodukować, pochodziła z mojego ogrodu.
I dlatego coraz bardziej dochodzę do wniosku, że pytanie „czy to się opłaca?” jest w moim przypadku trochę źle postawione. Jeżeli celem byłoby zarabianie pieniędzy, to mój ogród jest prawdopodobnie kiepskim biznesem. Jeżeli celem byłoby kupowanie warzyw jak najtaniej, również nie ma większego sensu. Ale jeżeli celem jest posiadanie własnego źródła żywności, większa niezależność i po prostu życie w sposób, którego chciałem od dawna, wtedy rachunek wygląda zupełnie inaczej.
Oczywiście mógłbym urządzić ten teren zupełnie inaczej. Zamiast warzywnika zrobić duży trawnik z roślinami ozdobnymi. Też wymagałoby to trochę pracy, ale prawdopodobnie znacznie mniej niż uprawa warzyw.
Mógłbym też pracować zawodowo na ułamek etatu albo tylko przez część roku. W sezonie zarabiałbym pieniądze, za które kupiłbym zapas ziemniaków i innych warzyw, a później zrobił z nich mnóstwo przetworów. Byłoby to wszystko znacznie prostsze. Prawdopodobnie również bardziej opłacalne pod względem czasu i pieniędzy.
Tylko że nadal nie byłoby tym, o czym marzyłem. Bo moim marzeniem nie było po prostu mieszkać w domku z ogrodem. Chciałem żyć w tym ogrodzie, uprawiać go, zbierać z niego jedzenie i możliwie dużą część tego jedzenia przechowywać na kolejne miesiące. I właśnie dlatego mój ogród nie musi być najbardziej opłacalnym rozwiązaniem. Ma przede wszystkim być realizacją pewnego marzenia. Nie wszystko, co się nie opłaca finansowo, jest nieopłacalne.

Komentarze
Prześlij komentarz