Często trafiam na sytuacje, gdy ktoś na grupie ogrodniczej pyta, jak pozbyć się uporczywego chwasta, a w komentarzach od razu pojawia się: „Zostaw, to przecież cenne zioło”. I jasne - coś w tym jest. Sporo roślin uznawanych za chwasty jest jadalnych albo ma tradycyjne zastosowanie zielarskie. Sam z tego korzystam i wcale z tym nie polemizuję. Tyle że jest też druga strona.
Do tego dochodzą rośliny, które mają wyjątkowo skuteczne sposoby na przetrwanie. Kłącza, rozłogi, rozbudowane systemy korzeniowe… W przypadku niektórych gatunków nawet niewielkie fragmenty podziemnych organów mogą przyczynić się do ich ponownego pojawienia się.
Dobrym przykładem jest dla mnie podagrycznik. Niby fajna roślina. Jadalna, wykorzystywana tradycyjnie jako zioło. Tylko że kiedyś miałem ją u siebie i walczyłem z nią dobre kilka lat. Była chemia, potem systematyczne wybieranie każdego kawałka kłącza, przekopywanie, dłubanie… Niby niewiele, a potrafiła człowieka skutecznie zmęczyć. I naprawdę nie obchodzi mnie, że podagrycznik jest jadalny i może być wykorzystywany. Nie chcę go w ogrodzie. W okolicy znajdę go wystarczająco dużo.
Zresztą warto sobie poukładać w głowie, czym właściwie jest chwast. Nie jest to określenie konkretnego gatunku. To raczej roślina, która w danym miejscu jest niepożądana, ponieważ konkuruje z uprawą albo po prostu przeszkadza w realizacji tego, co w tym miejscu zaplanowaliśmy. Weźmy ziemniaka. Zostanie gdzieś mała bulwa w ziemi, a w następnym roku planujemy w tym miejscu zupełnie inną uprawę. Nagle mamy „chwast”. I zachowuje się wtedy jak niepożądana roślina - pobiera wodę i składniki pokarmowe, zajmuje przestrzeń i może konkurować z zaplanowaną uprawą. To, że w innym miejscu ziemniak jest przez nas bardzo pożądaną rośliną uprawną, nie ma tutaj większego znaczenia.
Podobnie z pokrzywą, mniszkiem czy właśnie podagrycznikiem. Mogą być wartościowe, ale jeśli rosną w kwaterze, w której mają być warzywa, pełnią po prostu rolę chwastów. Dlatego u mnie zasada jest dość prosta: jeśli roślina rośnie tam, gdzie ją zaplanowałem - zostaje. Jeśli wchodzi w uprawy i zaczyna przeszkadzać - usuwam ją.
Nie oznacza to jednak, że próbuję zrobić z ogrodu sterylną powierzchnię. Nie latam codziennie z motyką za każdym zielonym listkiem. Jeśli coś nie przeszkadza i nie zagłusza uprawy, może sobie chwilę rosnąć. Bez przesady. Gdybym chciał mieć wszystko wyplewione do gołej ziemi, nie robiłbym właściwie niczego poza pieleniem. A ogród ma przecież dawać również przyjemność, a nie być wieczną walką z każdą rośliną, która odważy się pojawić.
Jeszcze inaczej podchodzę do trawnika. Tutaj rośliny inne niż trawy mają znacznie większą swobodę. Nie potrzebuję idealnego dywanu złożonego wyłącznie z trawy. Część chwastów zdąży zakwitnąć, co może być korzystne dla owadów zapylających.
Niektóre „chwasty” zresztą doceniam i wykorzystuję. Komosa czy pokrzywa mogą być dla mnie wczesną wiosną czymś w rodzaju nowalijek. Młode części tych roślin można wykorzystać kulinarnie, podobnie jak rzodkiewkę czy sałatę, tyle że rosną bez specjalnego wysiewania. Ale to, że daną roślinę lubię albo potrafię wykorzystać, nie oznacza jeszcze, że pozwolę jej rządzić w ogrodzie. Jeśli ma dla mnie wartość, zbieram ją i wykorzystuję. Jeśli zaczyna wchodzić w drogę uprawom, usuwam.
A „dzikie apteki”? Jak najbardziej. Tyle że zdecydowanie wolę odwiedzać je poza ogrodem. I zresztą regularnie to robię.

Komentarze
Prześlij komentarz