Zioła zebrane i ususzone

 Ostatnie dni zajęło mi dosuszanie ziół. Pęczki wiszące pod sufitem trzeba było w końcu zdjąć, rozdrobnić i zapakować do słoików. Miałem więc całkiem sporo pracy, ale nie ukrywam – było to całkiem fajne i ciekawe zajęcie.



Tu akurat skubanie mięty. Z miętą w sumie wiąże się mała historia. Na poprzedniej działce w Bydgoszczy miałem mały ogródek ziołowy. Rosło w nim kilka różnych ziół - między innymi różne odmiany mięty, ale też melisa i szałwia. Przed przeprowadzką zrobiłem z nich sadzonki w doniczkach i dzięki temu mam je tutaj. Towarzyszą mi więc już od kilkunastu lat. Podobnie jest z winoroślą, którą również przywiozłem z poprzedniej działki. Może to trochę głupie, ale uznałem wtedy, że chcę przywieźć tutaj jak najwięcej roślin z poprzedniego miejsca. Z krzewami oczywiście nie było to możliwe, ale zioła i kilka innych roślin udało się uratować. Właściwie zależało mi na nich bardziej niż na zawartości szafy z ubraniami. Ubrania z poprzedniego domu przywiozłem w niewielkiej ilości – tyle, żeby zmieściły się w jednej walizce. Reszty sporo oddałem do bydgoskiego PSZOK-u. Rośliny były dla mnie po prostu ważniejsze.



Tu z kolei skubię dziurawiec. Zbieram go pierwszy raz, więc na razie jeszcze nie mam do końca pomysłu, do czego będę go wykorzystywał. Znam go oczywiście z teorii jako zioło tradycyjnie stosowane między innymi przy dolegliwościach przewodu pokarmowego oraz w łagodnych stanach obniżonego nastroju. Na razie jednak trafił do słoika, a na jego zastosowanie przyjdzie jeszcze czas.




Tu z kolei skubię bylicę piołun. Ją również przywiozłem z poprzedniej działki, choć tym razem tylko jeden krzaczek. A tam miałem jej całe mnóstwo - właściwie prawie szpaler wzdłuż jednej z grządek. Bylica piołun była dla mnie jednocześnie ziołem, rośliną ozdobną i materiałem na własnoręcznie robione kadzidełka. Tutaj mam na razie tylko jeden okaz, ale i tak cieszę się, że udało mi się go zabrać ze sobą.



Teraz pozostaje już tylko podpisywanie słoiczków. Część ziół trafiła do małych słoików, część do większych. Nie wynika to jednak z tego, ile danego zioła zamierzam używać, ale raczej z tego, ile udało mi się go zebrać. Niektórych było po prostu więcej, innych mniej.


Tu w dużych słojach są zioła, które traktuję bardziej jako codzienne herbatki. Trudno mi jednak wyznaczyć wyraźną granicę między „herbatką” a ziołem, które wykorzystuje się w celach leczniczych. W końcu pokrzywę można wypić po prostu jako napar, ale można też świadomie sięgać po nią ze względu na jej właściwości. Z kolei w przypadku kory wierzby sprawa wydaje mi się znacznie bardziej jednoznaczna - kojarzymy ją przede wszystkim z konkretnym zastosowaniem leczniczym.

Trochę przekłada się to również na wielkość słoików. Zioła, po które będę sięgał częściej, trzymam w dużych, trzy-litrowych słojach. Te bardziej okazjonalne trafiają zazwyczaj do mniejszych, litrowych. Oczywiście i tutaj są wyjątki - kora wierzby trafiła do dużego słoja, ale tylko dlatego, że tej wiosny zebrałem jej naprawdę dużo.

A co właściwie jest w tych dużych słojach? Jest między innymi iwan czaj, czyli przetworzony przeze mnie wierzbowniczek, oraz mieszanka oksydowana z liści różnych drzew i krzewów owocowych. Trafiły do niej między innymi liście róży, maliny, jeżyny, poziomki i truskawki. Mam też osobno suszone liście malin – zbierałem przede wszystkim te najmłodsze, szczytowe.

Jest również mieszanka miętowa. Z miętami mam zresztą mały problem, bo mam ich kilka różnych odmian i przyznam, że po latach nie pamiętam już nawet dokładnie, jakie wszystkie mam. Przy suszeniu po prostu trafiły więc razem do jednego słoja. I chyba właśnie tak powinna wyglądać domowa spiżarnia – niekoniecznie idealnie uporządkowana według podręcznika, ale przede wszystkim praktyczna.



W mniejszych, najczęściej litrowych słoikach mam już bardziej różnorodny zestaw. Liście chrzanu trzymam przede wszystkim jako przyprawę. Bylica piołun i krwawnik pospolity będą mi służyły głównie do przygotowywania naparów związanych z układem pokarmowym.

Pokrzywę zwyczajną będę pił przede wszystkim jako napar, od czasu do czasu jako uzupełnienie codziennej diety. Dziurawiec zwyczajny to na razie dla mnie pewna niewiadoma. Zbieram go pierwszy raz, więc zanim zacznę go wykorzystywać, chcę jeszcze trochę o nim poczytać.

Melisa lekarska ma u mnie chyba najbardziej prozaiczne zastosowanie. Nie mam problemów ze snem ani szczególnej potrzeby jej stosowania w tym kierunku. Po prostu od czasu do czasu zrobię sobie z niej herbatkę do kolacji.

Szałwię lekarską zamierzam wykorzystywać zarówno jako napar, między innymi przy dolegliwościach trawiennych, jak i do płukania gardła czy jamy ustnej. Skrzyp polny z kolei trafił do słoika przede wszystkim z myślą o jego zawartości związków krzemu.

Na koniec została jeszcze kora wierzby. Dla mnie to taka „naturalna aspiryna” - oczywiście w dużym uproszczeniu. Zebrałem jej tej wiosny naprawdę dużo, więc mimo że nie będzie to zioło do codziennego stosowania, trafiła do dużego słoja. Na ból głowy raczej po nią nie sięgnę. Mam już doświadczenie z tym, że zanim napar z kory wierzby zacznie działać, można się trochę naczekać. W takiej sytuacji szybciej sięgnę po tabletkę. Korę zostawię sobie raczej na sytuacje związane z przeziębieniem - wtedy kubek takiego naparu, kocyk i odpoczynek mogą stanowić całkiem sensowny zestaw.




STRONA GŁÓWNA BLOGA

Komentarze