Zestaw elektroniki, który mi wystarcza

 Choć wyprowadziłem się bliżej natury, nie zrezygnowałem całkowicie z technologii. Gdybym to zrobił, ten blog przecież by nie powstał. Korzystam jednak z niej inaczej niż kiedyś. Dzisiaj wystarczają mi trzy urządzenia: smartfon, Chromebook i radio.


Mój obecny telefon to Huawei P30 Pro. Smartfon ma już swoje lata, ale nadal trzyma się bardzo dobrze. Dopóki się nie zepsuje, nie zamierzam go wymieniać. Pewnie daleko mu już do topowych modeli, jednak działa na tyle dobrze, że nie widzę sensu kupowania nowego tylko dlatego, że pojawiły się nowsze.

W końcu ja też młody nie jestem, a działam.

Sam smartfon ma zresztą swoją historię. Wcześniej kupowałem telefony, kierując się wyłącznie ceną – byle jak najtaniej. Efekt był zawsze podobny. Po roku lub dwóch urządzenie nadawało się co najwyżej do odzysku surowców wtórnych.

W końcu stwierdziłem, że po prostu trzeba kupić raz, a porządnie. Efekt? Przede wszystkim zupełnie inna przyjemność korzystania z telefonu i znacznie wyższa jakość jego działania. Do dziś spisuje się naprawdę dobrze. To doświadczenie pokazało mi, że w wielu sytuacjach nie warto kupować najtańszych rzeczy. Telefon kupiłem używany, niedługo po premierze jego następcy. Dzięki temu zapłaciłem znacznie mniej, a w praktyce dostałem urządzenie, które przez kolejne lata w pełni spełniało moje oczekiwania.

Używam też komputera. Nie z konieczności, bo smartfon mógłby mi w zupełności wystarczyć. Jednak mimo wszystko jestem zwolennikiem tradycyjnego komputera z fizyczną klawiaturą. Tutaj również wiąże się z tym mała historia.

Dawno temu, jeszcze w czasach, gdy do internetu chodziło się do kawiarenek internetowych, miałem w domu komputer z Windowsem 98. Niestety któregoś dnia zawirusowałem go jakimś paskudztwem przyniesionym z kawiarenki. Sytuacja była o tyle uciążliwa, że akurat pisałem wtedy pracę i musiałem korzystać z tych samych zainfekowanych nośników - dyskietek. Tak skutecznie zawirusowałem komputer, że regularnie musiałem formatować dysk i instalować system od nowa.

Wiem, mógłbym używać programu antywirusowego. Problem w tym, że niewiele to dawało. Komputer nie był podłączony do internetu, więc antywirus nie miał aktualnej bazy wirusów. Poza tym ciągle coś było nie tak. A to sterowniki, a to jakiś inny problem.

Pewnego dnia przypadkiem wpadło mi w ręce czasopismo z płytą Ubuntu. Pomyślałem: „Czemu nie?”. Zainstalowałem system i byłem naprawdę zaskoczony. Komputer, który nawet jak na tamte czasy nie należał do szybkich, dostał drugie życie. Działał sprawniej, a co najważniejsze – od razu miał wszystko, czego potrzebowałem. Sterowniki, sporo przydatnego oprogramowania, po prostu kompletny system gotowy do pracy. I działał bez zarzutu przez wiele lat, bez konieczności ponownych instalacji. Śmiało mogę powiedzieć, że właśnie wtedy zakochałem się w Ubuntu i moja przygoda z Windowsem dobiegła końca. Do dziś nie używam tego systemu.

Jakieś dwa lata temu przesiadłem się na Chromebooka. Chyba po prostu chciałem spróbować czegoś nowego. ChromeOS okazał się systemem w sam raz dla mnie. Prostym, niewymagającym ciągłego konfigurowania i ustawiania różnych rzeczy. Doceniłem też to, jak dobrze Chromebook współpracuje z telefonem z Androidem. Zdjęcia do wpisów mogę niemal od razu przejrzeć i uporządkować na komputerze, bez żadnego ręcznego przenoszenia.

Po przeprowadzce tutaj początkowo stwierdziłem, że komputer nie jest mi potrzebny. W końcu po co? Do konsumowania treści wystarczy telefon.

Jednak szybko okazało się, że pisanie jest znacznie wygodniejsze na choćby niewielkim laptopie. Kupiłem więc najtańszego Chromebooka. Jego parametry są dość skromne, ale w zupełności wystarczają do prostych zadań. To kompromis między wielkością sprzętu a moimi potrzebami.

Czy mógłbym dziś używać wyłącznie telefonu? Pewnie, że tak. Pierwsze wpisy na blogu powstały właśnie na smartfonie. Komputer kupiłem dopiero niedawno. Wcześniejsza elektronika z poprzedniego domu została rozdana, bo chciałem przeprowadzić się z jak najmniejszą ilością rzeczy.

Okazało się jednak, że fizyczny komputer daje coś więcej niż tylko większy ekran i wygodną klawiaturę. Wymusza wejście w tryb: „teraz piszę”. Trzeba posprzątać stół, otworzyć komputer, wykonać kilka drobnych czynności przygotowawczych. To pozwala się skupić. To trochę jak różnica między zjedzeniem czegoś szybko, w biegu, a spokojnym posiłkiem przy nakrytym stole. Ta sama czynność, ale zupełnie inny sposób jej wykonywania.

Radio pojawiło się po prostu zamiast telewizora. Mógłbym mieć tutaj telewizor, jednak świadomie z niego zrezygnowałem. Przyznam, że pierwszy miesiąc był swoistym detoksem. Wieczorem, zmęczony po całym dniu pracy – czy to przy budowie, czy później w ogrodzie – aż chciało się usiąść przed telewizorem i coś obejrzeć. Tyle że telewizora nie było.

Oczywiście wyciągałem telefon i zaczynałem coś oglądać. Jednak telefon wystarczał mi na godzinę, może trochę dłużej. Potem miałem już dość. Telewizor pewniegrałby w tle przez kilka godzin, nawet jeśli właściwie się go nie oglądało. Tutaj w tle gra co najwyżej radio.

Ale już zauważam, że coraz rzadziej włączam je tylko po to, żeby zagłuszyć ciszę. Chyba zwyczajnie uczę się nowego miejsca i jego własnej muzyki.


Komentarze