Dzisiaj zebrałem całkiem sporo czerwonych owoców z drzewa rosnącego w okolicy – duże wiaderko i jeszcze trochę do reklamówki. Drzewo było dosyć wysokie, więc niestety nie udało mi się zebrać wszystkich owoców. A szkoda, bo było ich naprawdę sporo.
Przy okazji wyszło też moje ADHD 😉 Zamiast stać grzecznie przy jednej gałęzi i zbierać po kolei, co chwilę latałem między kolejnymi gałęziami. No bo przecież nie mogłem po prostu stać w miejscu – musiałem być w ruchu.
Na pierwszy rzut oka obstawiam ałyczę, choć nie mam tutaj stuprocentowej pewności. Owoce są czerwone, bardzo słodkie, a pestka dość mocno trzyma się miąższu – i właśnie ta ostatnia cecha najbardziej przemawia za ałyczą. Z drugiej strony słodycz dojrzałych owoców trochę kojarzy mi się z mirabelką, więc nie chcę stawiać kropki nad „i”.
Tym bardziej że część owoców była już przejrzała. Być może trafiłem po prostu na moment ich pełnej dojrzałości, kiedy nawet owoce ałyczy są naprawdę słodkie.
Cieszę się, że odkryłem to drzewo - ma naprawdę słodkie owoce. Przy okazji wiem, że trzeba się tu wybierać w kolejnych sezonach wcześniej, może w połowie sierpnia.

Komentarze
Prześlij komentarz