Rozważam różne koncepcje prowadzenia ogrodu

Teraz w ogrodzie dzieje się niewiele. Bieżące odchwaszczanie, czekanie, aż rośliny wysiane na nawóz zielony urosną. Wiele czasu spędzam na poznawaniu okolicy. Dużo też myślę o przyszłości swojego ogrodu i mojego życia w nim. Rozważam między innymi różne koncepcje prowadzenia ogrodu. Docelowo chciałbym, by wszystko, albo większość, albo jakaś część upraw była z własnych nasion (lub bulw, kłączy itp.). Chciałbym też tak dobrać sobie gatunki, by nie być zależnym od chemicznej ochrony roślin.


Po głowie chodzą mi różne koncepcje. Jedne radykalne, inne z pewnymi kompromisami. Radykalne, czyli tylko własne nasiona i całkowity brak chemicznej ochrony roślin. Kompromisy? Czyli idę na ustępstwa w dwóch kierunkach – dopuszczam zakupy nasion lub ratunkowe użycie chemicznej ochrony roślin. W tym wpisie przedstawię szczegóły tych koncepcji.

Radykalna koncepcja uprawy ogrodu – wszystko tylko z własnych nasion i całkowity brak użycia chemicznej ochrony roślin, nawet ratunkowo. 

I tutaj na dobrą sprawę dobór warzyw jest bardzo mały. Ziemniaki? Odpadają z systemu, bo czasem trzeba byłoby użyć jakiejś chemii. Może nie w każdym sezonie, ale jednak. Jeśli przyjmuję zasadę, że nie używam chemicznej ochrony roślin nawet w sytuacji zagrożenia całego plonu, to trudno mi zagwarantować, że ziemniaki będą dobrym wyborem na stałe.

Pozostają więc warzywa strączkowe, wybrane cebulowe, niektóre dyniowate, trochę liściowych i może jeszcze coś by się znalazło. 

Można oczywiście powiedzieć, że zostają jeszcze warzywa korzeniowe. Marchew, buraki, pietruszka czy pasternak niekoniecznie wymagają chemicznej ochrony i część z nich można z powodzeniem uprawiać bez niej. Tylko że w moim przypadku pojawia się kolejny problem, jakim są własne nasiona.

Warzywa korzeniowe, jeśli chcę pozyskiwać z nich własny materiał siewny, wymagają selekcji roślin i wchodzenia w cykl dwuletni. W pierwszym roku uzyskuję korzeń, a dopiero w kolejnym roślina zakwita i wydaje nasiona. To oznacza konieczność przechowywania wybranych korzeni przez zimę i przeznaczenia dla nich miejsca również w następnym sezonie.

A pisząc o własnych nasionach, mam przede wszystkim na myśli takie warzywa, które wydają nasiona w tym samym sezonie, w którym są uprawiane. Nie chcę na tym etapie wchodzić w dwuletnie czy wieloletnie cykle rozmnażania. To oczywiście nie oznacza, że nigdy tego nie zrobię, ale przy tej koncepcji nie biorę tego pod uwagę.

W praktyce więc dobór warzyw robi się jeszcze mniejszy. Brak tu ziemniaków, większości warzyw korzeniowych i wielu innych potencjalnie ważnych upraw. Co w praktyce oznaczałoby, że owszem – ogród byłby niezależny od sklepów. Nie musiałbym kupować nasion ani chemicznych środków ochrony roślin. Z roku na rok mógłbym rozmnażać własne rośliny z własnego materiału.

Ale moje życie jako całość byłoby od sklepów zależne jak najbardziej, bo musiałbym kupować sporą część żywności, której nie byłbym w stanie wyprodukować w takim systemie. I tutaj pojawia się dla mnie pewien paradoks. Celem nie jest przecież stworzenie ogrodu, który będzie niezależny sam w sobie. Chodzi raczej o to, żeby ogród był jednym z elementów większej samowystarczalności.

Dlatego ta radykalna koncepcja ma swoją cenę. Maksymalizuje niezależność ogrodu od zewnętrznych środków, ale jednocześnie może ograniczać jego możliwości jako źródła żywności.

Oczywiście nie oznacza to, że taki system jest niemożliwy. Można próbować dobierać odmiany bardziej odporne, odpowiednio planować płodozmian, dbać o glebę i przede wszystkim wybierać takie gatunki, które dobrze radzą sobie bez ochrony chemicznej. Można też z czasem selekcjonować własne nasiona i pozostawiać do rozmnażania te rośliny, które w moich warunkach radzą sobie najlepiej. Tylko czy rzeczywiście chcę aż tak mocno ograniczać sobie wybór warzyw? I właśnie dlatego nie jestem jeszcze przekonany do tej najbardziej radykalnej wersji.

Koncepcja tylko własne nasiona, z ratunkowym użyciem chemii. Tu już idę na kompromis – dopuszczam ratunkowe użycie chemicznej ochrony roślin, gdy naturalne metody zawiodą. Nie zakładam więc, że chemia będzie stosowana regularnie. Ma być jedynie wyjściem awaryjnym w sytuacji, gdy pojawi się poważne zagrożenie dla plonu i inne metody nie zadziałają. 

Najważniejsze więc jest to, że w systemie są ziemniaki, które mogą stanowić podstawę wyżywienia. Oprócz tego są warzywa strączkowe, niektóre dyniowate, cebulowe i liściowe.

W porównaniu z poprzednią, bardziej radykalną koncepcją, wybór warzyw jest więc znacznie większy. Nadal pozostaję przy własnych nasionach, ale dzięki możliwości ratunkowego użycia chemicznej ochrony roślin nie muszę z góry rezygnować z upraw, które w niektórych sezonach mogą być trudne do prowadzenia bez żadnej interwencji.

To już jest dla mnie znacznie ciekawszy kompromis. Ogród nadal może z roku na rok opierać się na własnym materiale siewnym, a jednocześnie mam awaryjne wyjście, gdy warunki okażą się wyjątkowo trudne.

Koncepcja ogrodu z ustępstwami. Otóż – chemia jedynie ratunkowo. Dopuszczam zakupy nasion regularnie. Jednak nadal wiele upraw będzie pochodzić z własnych nasion. Pisząc o własnych nasionach, mam na myśli szerzej własny materiał rozmnożeniowy – nasiona, bulwy, cebule, kłącza czy inne części roślin, które pozwalają mi rozmnażać uprawy bez kupowania nowego materiału. W tej koncepcji uzyskuję większą różnorodność warzyw. W sumie to koncepcja chyba mi obecnie najbliższa, pozbawiona nadmiaru ideologii. 

Przede wszystkim do systemu wchodzą warzywa korzeniowe, które będą stanowić ważne uzupełnienie kaloryczne upraw. Co się da, będę pozyskiwać własne nasiona. Jednak możliwość wyprowadzenia własnych nasion w danym sezonie nie będzie już warunkiem uprawy danego warzywa. Tutaj nadal wiele warzyw będzie z własnych nasion. Nie wszystkie, ale wiele. Po latach nadal będę mógł powiedzieć: ten czosnek towarzyszy mi od tego i tego roku. A te ziemniaki mam tu od samego początku. A ta siedmiolatka jest tu ze mną od tylu i tylu lat.

Z warzyw wieloletnich planuję przede wszystkim rabarbar, cebulę siedmiolatkę oraz czosnek niedźwiedzi. Być może z czasem lista ta jeszcze się powiększy. Nie zabraknie również koperku. Będzie mi potrzebny zarówno na świeże liście, jak i do kiszenia ogórków. Nie planuję jednak wydzielać dla niego osobnej grządki. Po prostu rozsieję go w różnych miejscach ogrodu i pozwolę mu rosnąć tam, gdzie będzie mu najlepiej.

Nadal więc w ogrodzie będzie ciągłość pokoleniowa warzyw. Będą rośliny, które co roku będę rozmnażał z własnego materiału i które będą towarzyszyć mi przez kolejne sezony. A że nie wszystkich? W sumie niewiele to zmienia. Nie chodzi przecież o to, żeby każda jedna roślina w ogrodzie miała historię sięgającą pierwszego sezonu. Ważne, że część z nich będzie miała własną historię i będzie pochodzić z mojego ogrodu.

Jako osobliwość tego systemu w warzywach korzeniowych będą buraki pastewne. Czemu one? Bo mam z nimi małe doświadczenie z działki ROD sprzed kilku lat. Otóż nie zdarzyło mi się, by trzeba je było czymkolwiek pryskać. A że pastewne? One spokojnie nadają się do spożycia przez człowieka. Można je piec, można gotować, można nawet jeść na surowo. W smaku nawet znośne.

W tej koncepcji mam już znaczną różnorodność warzyw i tutaj realne jest żywienie się plonami z ogrodu.

W systemie jedno poletko to ziemniaki. Jedno poletko to warzywa korzeniowe, które w dużej mierze będą stanowić buraki pastewne. Jedno poletko to warzywa strączkowe. Jedno poletko to pozostałe warzywa, które postaram się uprawiać według zasad współrzędnego sadzenia warzyw.




STRONA GŁÓWNA BLOGA


Komentarze