Nie wszystko musi się ze sobą łączyć

Przez sporą część życia uważałem, że różne sfery życia mogą się ze sobą swobodnie przenikać. Internet, praca, rodzina, znajomi, zainteresowania. Nie widziałem w tym większego problemu, było to dla mnie czymś naturalnym - w końcu jestem jednocześnie pracownikiem, ojcem, chrześcijaninem, ogrodnikiem, miłośnikiem roślin... Dzisiaj patrzę na to zupełnie inaczej.


Nie dlatego, że boję się ludzi albo nie lubię kontaktów z innymi. Wręcz przeciwnie. Lubię rozmawiać, wymieniać poglądy. Po prostu nie uważam, że każda osoba, którą poznaję w jednym miejscu, musi automatycznie otrzymać dostęp do wszystkich pozostałych części mojego życia. Jestem też raczej introwertykiem. Zdecydowanie lepiej czuję się w wąskim gronie ludzi, z którymi rzeczywiście mam o czym rozmawiać, niż w tłumie znajomych i ciągłym byciu „wśród ludzi”. Nie potrzebuję mieć dziesiątek osób wokół siebie. Wolę kilka relacji, ale takich, które mają swój charakter i swoje miejsce w moim życiu.

Kiedyś, jeszcze jako nauczyciel, prowadziłem profil w mediach społecznościowych pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Było tam również moje zdjęcie. Publikowałem różne rzeczy związane z moimi zainteresowaniami, poglądami czy po prostu tym, co akurat uważałem za ciekawe. Był to mój prywatny profil. Okazało się jednak, że słowo „prywatny” w internecie ma dość umowne znaczenie.

Po wejściu w życie tak zwanego lex Kamilek dyrekcja miała do mnie pretensje o niektóre rzeczy, które udostępniałem. Nie były to rzeczy niewłaściwe ani związane z moją pracą. Po prostu niektóre z nich nie pasowały do poglądów dyrekcji. Zdarzały się też pretensje ze strony rodziny. Coś opublikowałem, ktoś to zobaczył i pojawiało się pytanie: „Jak mogłeś coś takiego opublikować?”. I wtedy zacząłem się zastanawiać, dlaczego właściwie każda grupa ludzi, do której należę, ma mieć dostęp do wszystkich pozostałych części mojego życia. Dlaczego dyrekcja ma zaglądać do mojego prywatnego świata? Dlaczego rodzina ma komentować moje internetowe zainteresowania? Dlaczego ktoś, kto zna mnie z pracy, ma automatycznie wiedzieć, co robię po pracy? Jeżeli jestem w pracy, jestem w pracy. Kiedy wracam do domu, nie zabieram ze sobą wszystkich ludzi, z którymi pracuję. Internet zaczął jednak powodować, że te granice bardzo łatwo znikają.

W pewnym momencie skasowałem profil i przez długi czas w ogóle nie korzystałem z portali społecznościowych.

Niedawno wróciłem do internetu, ale na zupełnie innych zasadach. Mam nawet dość prostą zasadę - "W internecie ma nie być mojej mordeczki.".  Nie ma mojego zdjęcia. Nie ma mojego prawdziwego nazwiska. Nie pokazuję domu w całości. Nie pokazuję ogrodu w całości. Nie pokazuję dokładnej lokalizacji. Nie dlatego, że się kogoś boję. Po prostu nie widzę powodu, żeby człowiek poznany w jednym miejscu automatycznie otrzymywał dostęp do całego mojego życia lub innych sfer życia. 

Moje życie to coś na kształt kilku osobnych światów.  To zresztą dotyczy nie tylko internetu. Lubię oddzielać od siebie różne sfery życia. Co w pracy, to w pracy. Co w domu, to w domu. Co w internecie, to w internecie. Co związane z pasją, to związane z pasją. Nie oznacza to, że te światy są całkowicie od siebie odcięte. Przecież jestem cały czas tą samą osobą. Chodzi raczej o to, że nie każdy element mojego życia musi mieć dostęp do każdego pozostałego. Moja córka na przykład nawet nie wie, że prowadzę profil na Facebooku i piszę bloga. I nie uważam tego za nic dziwnego. Nie mam przed nią żadnej wielkiej tajemnicy. Po prostu Facebook i blog są częścią mojego życia, do której nie musi mieć dostępu. Tak samo jak ja nie muszę wiedzieć wszystkiego o każdej sferze jej życia. Dla mnie to nie jest brak zaufania. To jest granica.

To rozdzielanie sfer życia najbardziej widać w codziennych sytuacjach. Jeżeli w pracy klient wyprowadził mnie z równowagi, emocje oczywiście były. Ale zanim po pracy przekroczyłem próg domu, kiedy jeszcze mieszkałem z rodziną, starałem się ochłonąć. Spacer, trochę ciszy, cokolwiek, co pozwalało zostawić pracę za sobą. Działało to również w drugą stronę. Jeżeli pokłóciłem się z żoną, była to nasza sprawa. Nie uważałem, że następnego dnia koledzy z pracy powinni odczuwać skutki naszego konfliktu. Nie opowiadałem im o sytuacji domowej tylko dlatego, że miałem gorszy wieczór.

Podobnie jest dzisiaj z internetem. Jeżeli ktoś mnie tam zaatakuje czy napisze coś nieprzyjemnego - trudno. Mogę się zirytować, ale nie pozwalam, żeby emocje wywołane przez człowieka z internetu wchodziły do innych sfer mojego życia. Dla mnie oddzielanie sfer życia nie oznacza więc braku emocji. Oznacza raczej, że nie każdą emocję muszę zabierać ze sobą wszędzie.

Co ciekawe, nie zawsze taki byłem. Kiedyś patrzyłem na znajomości inaczej. Lata temu prowadziłem w internecie bardzo bujne życie. Byłem aktywny na różnych grupach na Facebooku, poznawałem ludzi, nawiązywały się znajomości. Z niektórymi osobami prowadziłem naprawdę szczere rozmowy. Czasami bardzo osobiste. Były to rozmowy podobne do tych, które prowadzi się z przyjaciółmi. Tak - uznawałem te rozmowy za przyjacielskie. Z kilkoma osobami udało mi się nawet spotkać w realnym świecie. I właśnie wtedy przekonałem się o czymś, czego wcześniej chyba nie brałem pod uwagę. Można być z kimś bardzo blisko w internecie, a jednocześnie po spotkaniu odkryć, że należy się do zupełnie różnych światów. Różnice mogą dotyczyć wszystkiego. Stylu życia, sytuacji materialnej, codziennych doświadczeń, tego, czego oczekujemy od relacji. Z kilkoma osobami spotkałem się dwa czy trzy razy. Potem pojawiały się wymówki. W końcu przestałem proponować kolejne spotkania. Znajomość stopniowo wygasła. Najpierw coraz rzadziej ze sobą rozmawialiśmy, później nie było już nawet życzeń świątecznych.

I przez długi czas zastanawiałem się wtedy, czy coś jest ze mną nie tak. Zwłaszcza że trafiło to na moment w moim życiu, kiedy doskwierała mi pewnego rodzaju samotność. Dzisiaj już tak tego nie oceniam. Nie musiało być ze mną nic nie tak. Być może po prostu próbowaliśmy przenieść znajomość z jednego świata do drugiego, a okazało się, że te dwa światy do siebie nie pasują. Tak sobie to teraz tłumaczę. Aczkolwiek nie ukrywam - zdarza mi się wspominać tamte czasy, tamte sytuacje i pytanie "czy ze mną jest coś nie tak" powraca. 

Czy naprawdę coś przez to tracę? Pewnie tak. Być może przez takie podejście tracę niektóre znajomości. Być może niektóre osoby mogłyby stać się mi bliższe, gdybym pozwolił im przejść z jednego świata do drugiego. Ale coś też dzięki temu zyskuję. Poczucie kontroli nad własnym życiem. Moje granice stały się jak twierdza, która chroni mój wewnętrzny spokój i pokój ducha. 

Jeżeli mam problem w pracy, nie musi automatycznie stawać się problemem w domu. Jeżeli coś dzieje się w domu, nie musi tego wiedzieć mój internetowy świat lub koledzy z pracy. Jeżeli ktoś zna mnie z bloga, nie musi wiedzieć, jak wyglądam, gdzie dokładnie mieszkam ani kim jestem poza tym blogiem. Jeżeli mam jakąś pasję, nie musi ona być jednocześnie częścią mojego życia zawodowego. Nie muszę przenosić problemów jednego świata do wszystkich pozostałych.

Wiele osób mówi, że tak się nie da. Że przecież ludzie się poznają, zaprzyjaźniają, dodają do znajomych, spotykają poza pracą. Że życie jest jedno i nie ma sensu sztucznie go dzielić. Być może. Tylko że ja uważam, że się da. Kwestia samodyscypliny. A może zwyczajnie kwestia pilnowania swojego poziomu komfortu. 

Nie twierdzę, że to jedyny właściwy sposób. Nie mam zamiaru przekonywać, że każdy powinien żyć tak jak ja. Dla jednej osoby najlepszym przyjacielem może być kolega z pracy. Ktoś inny może mieć całą rodzinę na Facebooku. Jeszcze ktoś inny może poznać przez internet człowieka, z którym później będzie się przyjaźnił przez kilkadziesiąt lat. I bardzo dobrze. Ja po prostu doszedłem do wniosku, że nie chcę tak funkcjonować. Moje życie może mieć kilka osobnych światów. Nie muszą się ze sobą stale mieszać. Nie wszystko, co dzieje się w jednym z nich, musi trafiać do pozostałych.

I chyba właśnie ta możliwość decydowania, kto i do którego mojego świata ma dostęp, daje mi dzisiaj więcej spokoju niż próba połączenia wszystkiego ze wszystkim. Może rzeczywiście coś przez to tracę. Ale po doświadczeniach, które mam za sobą, uważam, że ten koszt jestem gotów ponieść.



Komentarze