Pierwszy krzew w moim małym sadzie

Właśnie posadziłem pierwszy agrest. To od niego zaczyna się mój nowy, mały sad. Nie kupuję wszystkich krzewów od razu. Wolę zamawiać je partiami – najpierw jedne gatunki, później kolejne. Dzięki temu mogę sadzić wszystko spokojnie. To znacznie przyjemniejsze niż jedna wielka dostawa, po której nagle okazuje się, że kilkadziesiąt roślin czeka na posadzenie i wszystko trzeba robić w pośpiechu.



Nie planuję dużego sadu z drzewami owocowymi. Chcę stworzyć miejsce, w którym dominować będą tradycyjne krzewy owocowe: borówki wysokie, porzeczki czarne i czerwone, agrest, aronia oraz pigwowiec. Ta lista nie jest przypadkowa – każdy z tych gatunków ma u mnie swoje konkretne zadanie.

Porzeczki to doskonały surowiec na kompoty i przetwory. Agrest lubię podjadać prosto z krzaka, ale również świetnie sprawdza się w kompotach. Borówki wysokie są dla mnie jedną z największych nagród za pracę w ogrodzie – kilka owoców zerwanych podczas codziennego spaceru po działce smakuje o wiele lepiej niż cała kupiona paczka. Pigwowiec z kolei ma praktyczne zastosowanie – z powodzeniem zastąpi mi cytrynę w herbacie i domowych przetworach. Aronia nie należy do moich ulubionych owoców, ale uprawiam ją bardziej z rozsądku niż dla smaku. Według mojej wiedzy jest bardzo wartościowa, więc warto znaleźć dla niej miejsce.

Na obecnym etapie nie planuję sadzenia drzew owocowych. Powód jest prosty – większość z nich wymaga regularnych oprysków. A pryskane owoce mogę przecież kupić w sklepie. 😉 Oczywiście wiem, że w przydomowym ogrodzie liczba oprysków byłaby nieporównywalnie mniejsza niż w profesjonalnym sadzie. Mimo to wolę po prostu unikać upraw, które wymagają takiej ochrony. To jedno z podstawowych założeń mojego ogrodu – wybierać rośliny, które można prowadzić w możliwie prosty i naturalny sposób.

Komentarze