Nieudane grzybobranie

Niedawno wybrałem się do lasu na grzyby. I tym razem wróciłem z pustym koszykiem. Grzyby oczywiście były.  Tyle tylko, że albo były niejadalne, albo po prostu ich nie znałem.


Nie znam zresztą szczególnie wielu gatunków. Z leśnych tych najbardziej podstawowych: podgrzybki, prawdziwki, maślaki, kozaki. I właściwie na tym kończy się moja znajomość grzybów, które zbieram w lesie. Poza lasem znam jeszcze kilka innych: uszaki bzowe, czasznice, pieczarki, boczniaki, dzieżkę pomarańczową, czernidłaki… No i jeszcze tak zwaną kozią brodę, ale tej nie widziałem już od lat.

I chyba na razie nie mam specjalnej ochoty uczyć się kolejnych gatunków. Trochę się boję. Grzyby to jednak nie jest dziedzina, w której chciałbym eksperymentować metodą „chyba to jest to”.  Wydaje mi się zresztą, że te najważniejsze, które rzeczywiście chcę zbierać, rozpoznaję wystarczająco dobrze. A jeśli w lesie pojawi się coś, czego nie znam, to po prostu zostawiam.




Tym razem zostawiłem więc właściwie wszystko. Grzybobranie było nieudane, ale samej wycieczki wcale za taką nie uważam. Spacer po lesie i poznawanie nowych terenów ma dla mnie wartość samą w sobie. Nie zawsze trzeba coś przynieść do domu, żeby wycieczka była udana. Tym razem wróciłem więc bez grzybów, ale za to z kolejnym kawałkiem okolicy trochę lepiej poznanym.



Komentarze