Zbiory owoców były, więc wieczór spędziłem w kuchni. Sezon przetworów na dobre się rozpoczął. Moja codzienność będzie teraz mocno okraszana słoikami i przetworami. Bardzo mnie to cieszy. Mimo że z ogrodu plonów mam w tym roku niewiele, a tym samym niewiele mam też przetworów z własnej uprawy, to wszystko, co zbieram w okolicy, daje mi solidne podstawy do radości. Spiżarka w tym sezonie pusta nie będzie. A w kolejnych będzie jeszcze lepiej.
Widoczne „ogryzki” (w sumie nie obgryzałem, więc nie ogryzki, ale wiadomo o co chodzi) idą na kompost. Czyli też stają się surowcem - nawozowym. Kiedyś mi doradzano, by ogryzki również nastawiać na ocet, ale kilka razy mi właśnie taki ocet nie wyszedł. Stał się mętny i zapach miał zupełnie inny. Najprawdopodobniej zaszła wtedy tzw. fermentacja mannitowa - niepożądany proces, w którym mikroorganizmy przekształcają cukry w mannitol. W efekcie ocet może zmętnieć, zmienić zapach i smak, a czasem stać się również lekko lepki. Dlatego u mnie ogryzki po prostu trafiają na kompost.
Pozyskane obierki z jabłek włożyłem do słojów i dość mocno je upchałem. Zalałem je przestudzoną, słodką zalewą. Na litr wody dałem 4 łyżki cukru. Wodę wcześniej zagotowałem, rozpuściłem w niej cukier, a następnie całość przestudziłem.
Słoiki „zamknąłem” papierowym ręcznikiem, żeby nastaw miał dostęp do powietrza. Teraz pozostaje codziennie go pilnować i regularnie mieszać.
A co właściwie będzie się działo w słoiku? Najpierw naturalne drożdże obecne na owocach zaczną przerabiać cukier na alkohol. Następnie bakterie octowe, przy dostępie tlenu, przekształcą alkohol w kwas octowy. W ten sposób z czegoś, co normalnie trafiłoby na kompostownik, powinien powstać domowy ocet jabłkowy.
Teraz pozostaje tylko uzbroić się w cierpliwość i obserwować, co z tego wyjdzie.
Po co robię własny ocet?
Nie robię tego dlatego, że wierzę w cudowne właściwości octu jabłkowego. Owszem, ocet może mieć pewne właściwości prozdrowotne – między innymi kwas octowy może nieco ograniczać wzrost poziomu cukru we krwi po posiłku, a sam ocet jest produktem fermentowanym. Nie traktuję go jednak jako lekarstwa ani żadnego cudownego środka.
Powodów jest kilka i są znacznie prostsze.
Po pierwsze - daje mi to frajdę. Produkuję sam coś, co normalnie i tak musiałbym kupić w sklepie. Oczywiście cukier muszę kupić, choć gdybym wykorzystał naprawdę słodkie owoce, być może dałoby się go nawet nie dodawać. Resztę procesu mogę jednak przeprowadzić sam.
Po drugie - taki ocet mogę normalnie wykorzystywać w kuchni, również do zalew octowych przy różnych przetworach. Będzie miał oczywiście swój własny smak, pochodzący od owoców, ale traktuję to raczej jako zaletę niż wadę.
No i po trzecie - wykorzystuję odpad. W tym przypadku nie ma to może jeszcze wielkiego znaczenia, bo dzikich jabłek i mirabelek mam w okolicy mnóstwo. W promieniu kilku kilometrów jest ich tyle, że nie byłbym w stanie wszystkich zebrać i wykorzystać. Mimo wszystko podoba mi się sama zasada: jeśli coś może być jeszcze surowcem, nie musi od razu stawać się odpadem.
Właściwie z tego samego powodu robię wszystkie swoje przetwory. Chodzi o możliwie dużą kontrolę nad całym procesem. Oczywiście nie mam kontroli nad wszystkim, ale wiem, co trafia do słoika, skąd pochodzi i w jaki sposób zostało przygotowane. A później, kiedy otwieram taki słoik, dokładnie wiem, co jem.
Komentarze
Prześlij komentarz