Kompostownik po mojemu

Kompostowanie można bardzo mocno rozbudować. Są kompostowniki zimne, ciepłe, różne systemy komór, napowietrzanie, przekładanie, kontrolowanie wilgotności, pilnowanie odpowiednich proporcji materiałów, a nawet można zatrudnić do pracy dżdżownice kalifornijskie. Możliwości jest naprawdę sporo i nie twierdzę, że są bez sensu. Tyle tylko, że moim celem nie jest stworzenie idealnego systemu kompostowania. Kompostownik ma być przede wszystkim wygodnym miejscem, do którego trafiają odpady biologiczne powstające w ogrodzie, a przy okazji miejscem, w którym z czasem zamieniają się one w wartościowy nawóz.


Ja zamierzam podejść do tego znacznie prościej. Nie chcę robić z kompostownika kolejnego rozbudowanego systemu wymagającego ciągłego pilnowania, przekładania i optymalizowania. Ma działać możliwie prosto i przy niewielkim nakładzie pracy. Planuję też w sezonie zbierać materiał roślinny poza ogrodem, żeby dodatkowo zwiększać ilość materii organicznej, którą wprowadzam do ogrodu. I tutaj również chcę zachować maksymalną prostotę: przynieść materiał, wrzucić go do kompostownika i na tym właściwie kończy się moja praca. Resztę ma zrobić czas.

Dla mnie to właśnie jest najważniejsze: nie maksymalizować procesu za wszelką cenę, tylko znaleźć rozwiązanie wystarczająco dobre, które po prostu działa. Docelowo będę miał dwie komory kompostowe. Przez dwa lata będę napełniał pierwszą komorę. Kiedy się zapełni, zacznę napełniać drugą. W tym czasie pierwsza będzie przez kolejne dwa lata spokojnie dojrzewać. Po dwóch latach nastąpi zamiana. I właściwie tyle. Do kompostu będą trafiać przede wszystkim chwasty oraz różnego rodzaju pozostałości roślinne - zarówno z ogrodu, jak i materiał przyniesiony z zewnątrz. Jedyny ważniejszy wyjątek to rośliny wyraźnie porażone chorobami, których nie chcę w ten sposób ponownie wprowadzać do ogrodu. Nie zamierzam prowadzić szczegółowej selekcji każdego kawałka materiału. Ma być prosto, ale jednocześnie funkcjonalnie. 

Oprócz resztek roślinnych będzie trafiał do niego również mój własny mocz. To przecież materiał, który zamiast zostać bezpowrotnie stracony, można w prosty sposób skierować z powrotem do obiegu. Z kałem jest już inaczej. Tego nie zamierzam wykorzystywać. W dużej mierze wynika to po prostu z naszego kulturowego tabu. Technicznie istnieją sposoby bezpiecznego zagospodarowania tego materiału, ale nie chcę się tym zajmować.

Zresztą dokładnie tak samo zamierzam prowadzić cały ogród. Nie będzie to ogród nastawiony na maksymalną różnorodność, dziesiątki gatunków i odmian czy ciągłe testowanie nowych metod. Będzie raczej ogrodem dla leniwych - takim, w którym wybieram rozwiązania sprawdzone, możliwie mało pracochłonne i dość tradycyjne. Nie dlatego, że nie interesują mnie nowe pomysły, ale dlatego, że nie widzę sensu wykonywania dziesięciu czynności, jeśli podobny efekt można osiągnąć trzema.

To oczywiście nie oznacza, że nie chcę poznawać nowych metod. Wręcz przeciwnie - lubię wiedzieć, jak inni rozwiązują różne problemy i dlaczego coś działa. Sama chęć poznania jakiejś metody nie oznacza jednak automatycznie, że chcę ją wprowadzić albo przetestować u siebie. Mogę coś poznać, zrozumieć i uznać, że w moich warunkach po prostu nie jest mi to potrzebne.

Chcę po prostu znaleźć taki sposób prowadzenia ogrodu, żeby dawał plony, ale jednocześnie nie wymagał ode mnie ciągłego zajmowania się nim. W końcu ogród ma być częścią mojego życia, a nie moim kolejnym etatem. Interesuje mnie system wystarczająco dobry, który działa, nie wymaga ciągłego pilnowania i nie zabiera mi życia.


STRONA GŁÓWNA BLOGA

Komentarze