To pytanie pojawia się dość często, szczególnie przy dyskusjach o rolnictwie ekologicznym czy uprawie bez chemicznych środków ochrony roślin. Odpowiedź nie jest jednak tak prosta, jak mogłoby się wydawać.
Zajrzyjmy do historii. Dawniej rolnicy rzeczywiście nie mieli do dyspozycji współczesnych nawozów mineralnych, fungicydów, herbicydów czy insektycydów. Nie oznaczało to jednak, że zawsze świetnie radzili sobie bez nich.
Choroby roślin potrafiły doprowadzić do prawdziwych katastrof.
Najbardziej znanym przykładem jest Wielki Głód w Irlandii w latach 1845–1852. Zaraza ziemniaka wywoływana zniszczyła kolejne plony podstawowej wówczas rośliny żywieniowej. W wyniku głodu i jego następstw zmarło około miliona ludzi. Podobne problemy pojawiały się również w innych częściach świata. W czasie głodu bengalskiego w 1943 roku jedną z przyczyn spadku produkcji ryżu była brązowa plamistość ryżu. W połączeniu z wojną, problemami z transportem i dystrybucją żywności doprowadziło to do katastrofy, w której zginęły miliony ludzi.
Oczywiście nie można z tego wyciągać wniosku, że „chemia uratowała świat przed głodem”. Na wzrost produkcji żywności wpłynęło wiele czynników: nawozy mineralne, środki ochrony roślin, mechanizacja, hodowla wydajniejszych odmian, lepsza wiedza o glebie i roślinach czy rozwój systemów przechowywania i transportu.
Faktem pozostaje jednak, że współczesne rolnictwo potrafi produkować znacznie więcej żywności niż rolnictwo tradycyjne, a ryzyko całkowitego zniszczenia plonu przez pojedynczy problem jest mniejsze.
I tutaj pojawia się pewien paradoks. Skoro wiem o tym wszystkim, to dlaczego sam świadomie rezygnuję z chemicznych środków ochrony roślin w swoim ogrodzie?
Nie dlatego, że uważam chemię za zło. Nie dlatego, że wierzę, że dawniej wszystko było lepsze. I nie dlatego, że uważam uprawę bez chemii za bardziej wydajną. Wręcz przeciwnie. Wiem, że czasami oznacza to mniejsze plony, większe ryzyko i więcej pracy. Po prostu mój ogród jest częścią pewnego sposobu życia.
Dobrym przykładem są moje tegoroczne ogórki. Uprawiam je bez chemicznych środków ochrony roślin. Dały już trochę plonu — zebrałem tyle, że uprawę mogę uznać za częściowo udaną. Teraz jednak wyraźnie zaczynają chorować.
Gdybym zastosował odpowiedni oprysk, prawdopodobnie mógłbym przedłużyć ich wegetację i zebrać jeszcze więcej ogórków. Tego jednak nie zrobię. Skoro rośliny już wydały plon, a sezon powoli zbliża się do końca, nie widzę potrzeby ratowania ich za wszelką cenę.
I to też jest część mojego podejścia do ogrodu. Nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę nie użyć żadnego środka ochrony roślin, ale o świadomą rezygnację z nich tam, gdzie mogę sobie na to pozwolić. Gdyby ogórki zachorowały na początku sezonu, zanim zdążyłyby wydać jakikolwiek plon, prawdopodobnie sięgnąłbym po skuteczny środek ochrony. Wtedy straciłbym całą uprawę, a nie tylko jej końcówkę.
Nie twierdzę, że chemiczne środki ochrony roślin są niepotrzebne. Po prostu w swoim ogrodzie chcę ich używać możliwie najmniej — i w tym przypadku uznaję, że mogę już pozwolić ogórkom zakończyć sezon.
Nie próbuję maksymalizować produkcji za wszelką cenę. Chcę uprawiać możliwie prosto, korzystając przede wszystkim z naturalnych mechanizmów: zdrowej gleby, płodozmianu, odpowiedniego doboru roślin i odmian, właściwego rozstawu, obserwacji czy własnego materiału siewnego.
To jest mój świadomy wybór. Nie twierdzę więc, że „dawniej było lepiej, bo nie było chemii”. Było inaczej. I pod wieloma względami znacznie trudniej. Twierdzę natomiast, że mając dziś dostęp do całej wiedzy i możliwości współczesnego rolnictwa, mogę świadomie z części z nich zrezygnować, jeśli taki sposób uprawy bardziej odpowiada temu, jak chcę żyć. Bo mój ogród nie ma być najbardziej wydajnym gospodarstwem na świecie. Ma być moim ogrodem i częścią mojego sposobu życia.

Komentarze
Prześlij komentarz