Ile elektroniki naprawdę potrzebuję?

 Choć wyprowadziłem się bliżej natury, nie zrezygnowałem całkowicie z technologii. Gdybym to zrobił, ten blog przecież by nie powstał. Korzystam jednak z niej inaczej niż kiedyś. Dzisiaj wystarczają mi trzy urządzenia: smartfon, komputer i radio.


Moim obecnym telefonem jest iPhone 12. Smartfon ma już swoje lata, ale nadal trzyma się bardzo dobrze. Dopóki się nie zepsuje, nie zamierzam go wymieniać. Pewnie daleko mu już do topowych modeli, jednak działa na tyle dobrze, że nie widzę sensu kupowania nowego tylko dlatego, że pojawiły się nowsze. W końcu ja też młody nie jestem, a działam.

Sam smartfon ma zresztą swoją historię. Wcześniej kupowałem telefony, kierując się przede wszystkim ceną - byle jak najtaniej. Efekt był zazwyczaj podobny. Po roku czy dwóch urządzenie nadawało się co najwyżej do odzysku surowców wtórnych. W końcu stwierdziłem, że po prostu trzeba kupić raz, a porządnie. Chciałem też spróbować tych mitycznych iPhone'ów. Nie kupowałem jednak nowego modelu w roku premiery - nie potrzebuję płacić podatku od nowości. Przez jakiś czas musiałem przyzwyczaić się do trochę innej specyfiki obsługi, ale szybko okazało się, że była to dobra decyzja. Przede wszystkim pojawiła się zupełnie inna przyjemność korzystania z telefonu i znacznie wyższa jakość jego działania. Do dziś spisuje się naprawdę dobrze. To doświadczenie pokazało mi, że w wielu sytuacjach nie warto kupować najtańszych rzeczy. Czasem lepiej kupić coś porządnego i używać tego przez lata.

Sam smartfon jest zresztą dla mnie czymś genialnym - doskonałym narzędziem dla minimalisty. Nie dlatego, że jest mały i mieści się w kieszeni, ale przede wszystkim dlatego, że jedno urządzenie potrafi zastąpić wiele innych. Smartfon to w dużym uproszczeniu przenośny komputer, który mamy cały czas przy sobie. Jego możliwości są dziś większe niż możliwości wielu komputerów stacjonarnych sprzed kilkunastu lat. A do tego jest niewielki, lekki i dostępny praktycznie zawsze.

Nie potrzebuję osobnego urządzenia do nawigacji. Mam ją zawsze przy sobie w postaci bezpłatnej aplikacji. Mogę sprawdzić drogę samochodem, znaleźć konkretny adres, wyznaczyć trasę pieszą czy sprawdzić swoją lokalizację podczas spaceru po nieznanej okolicy. A co się stanie, jeśli zabraknie baterii? Mam przy sobie powerbank. Oczywiście smartfon nie zastąpi kompasu czy tradycyjnej mapy w każdej sytuacji, ale na co dzień jest niezwykle wygodnym rozwiązaniem. Kiedyś do słuchania muzyki mogliśmy potrzebować osobnego odtwarzacza MP3, a później kolejnych urządzeń. Dziś wystarczy telefon i słuchawki. Smartfon może też pełnić funkcję radia internetowego, odtwarzacza podcastów czy audiobooków. Dostęp do internetu mamy właściwie wszędzie. Mogę szybko sprawdzić interesującą mnie informację, znaleźć instrukcję obsługi, sprawdzić rozkład jazdy, poczytać wiadomości albo wyszukać coś, czego właśnie potrzebuję. Nie muszę w tym celu uruchamiać komputera. Aparat fotograficzny to chyba jeden z najlepszych przykładów technologicznego minimalizmu. Aparaty w smartfonach są już tak zaawansowane, że spokojnie mogą zastąpić klasyczne aparaty kompaktowe, a dla większości użytkowników jakość zdjęć będzie więcej niż wystarczająca. Ogromną zaletą telefonu jest przy tym jego dostępność. Smartfon praktycznie zawsze mam przy sobie. Nie muszę zastanawiać się, czy zabrałem aparat, kiedy wychodzę na spacer. Jeśli zobaczę ciekawą roślinę, interesujące miejsce albo wydarzy się coś, co chciałbym zachować na zdjęciu - po prostu wyciągam telefon z kieszeni.

Oczywiście nie twierdzę, że smartfon zastąpi każdy specjalistyczny sprzęt. Profesjonalny fotograf nadal będzie korzystał z odpowiedniego aparatu, a osoba dużo czytająca może zdecydować się na dedykowany czytnik. Minimalizm nie polega przecież na tym, żeby za wszelką cenę pozbywać się rzeczy.

Jakiś czas temu postanowiłem sprawdzić, czy naprawdę potrzebuję osobnego komputera. Przez pewien czas korzystałem wyłącznie ze smartfona, także do rzeczy, które wcześniej robiłem na komputerze. Eksperyment pokazał mi coś dość oczywistego: smartfon rzeczywiście może zastąpić komputer. Da się na nim zrobić zaskakująco dużo, a przy krótszych tekstach czy szybkim sprawdzaniu czegoś w internecie jest nawet wygodniejszy, bo po prostu jest zawsze pod ręką. Jednocześnie szybko przekonałem się, że przy dłuższym pisaniu sytuacja wygląda inaczej. Duży ekran i przede wszystkim fizyczna klawiatura dają wyraźnie większy komfort. Łatwiej pracować z dłuższym tekstem, poprawiać go, poruszać się po dokumencie czy korzystać z kilku rzeczy jednocześnie.

Wniosek z eksperymentu nie był więc taki, że komputer jest niepotrzebny. Raczej taki, że smartfon może go zastąpić, jeśli ktoś tego potrzebuje. Ja natomiast uznałem, że osobny komputer jest po prostu wygodnym narzędziem, szczególnie wtedy, gdy mam do napisania coś dłuższego. Sam smartfon wystarczał mi podczas różnych wyjazdów czy urlopów. Na tydzień albo dwa? Bez problemu. Ale na dłuższą metę już niekoniecznie. To, że coś sprawdza się w podróży, nie oznacza jeszcze, że będzie wystarczająco wygodne na co dzień. W końcu istnieją turystyczne zestawy garnków i można w nich gotować. Nie oznacza to jednak, że na co dzień w domu warto ograniczać kuchnię do takiego zestawu. Z komputerem i smartfonem jest podobnie.

Okazało się też, że fizyczny komputer daje coś więcej niż tylko większy ekran i wygodną klawiaturę. Wymusza wejście w tryb: „teraz piszę”. Trzeba posprzątać stół, otworzyć komputer, wykonać kilka drobnych czynności przygotowawczych. To pozwala się skupić. Telefon jest zawsze pod ręką, a więc równie łatwo podczas pisania można zerknąć na wiadomość, powiadomienie czy zupełnie inną rzecz. To trochę jak różnica między zjedzeniem czegoś szybko, w biegu, a spokojnym posiłkiem przy nakrytym stole. Ta sama czynność, ale zupełnie inny sposób jej wykonywania.

I chyba właśnie to jest dla mnie ciekawsze niż samo pytanie, czy można z czegoś zrezygnować. Można. Tylko nie zawsze oznacza to, że warto.

Z moim komputerem również wiąże się mała historia. Dawno temu, jeszcze w czasach, gdy do internetu chodziło się do kawiarenek internetowych, miałem w domu komputer z Windowsem 98. Niestety któregoś dnia zawirusowałem go jakimś paskudztwem przyniesionym z kawiarenki.

Sytuacja była o tyle uciążliwa, że akurat pisałem wtedy pracę i musiałem korzystać z tych samych zainfekowanych nośników (dyskietek). Tak skutecznie zawirusowałem komputer, że regularnie musiałem formatować dysk i instalować system od nowa. Wiem, mógłbym używać programu antywirusowego. Problem w tym, że niewiele to dawało. Komputer nie był podłączony do internetu, więc antywirus nie miał aktualnej bazy wirusów. Poza tym ciągle coś było nie tak. A to sterowniki, a to jakiś inny problem. Pewnego dnia przypadkiem wpadło mi w ręce czasopismo z płytą Ubuntu. Pomyślałem: „Czemu nie?”. Zainstalowałem system i byłem naprawdę zaskoczony. Komputer, który nawet jak na tamte czasy nie należał do szybkich, dostał drugie życie. Działał sprawniej, a co najważniejsze od razu miał wszystko, czego potrzebowałem. Sterowniki, sporo przydatnego oprogramowania, po prostu kompletny system gotowy do pracy. I działał bez zarzutu przez wiele lat, bez konieczności ponownych instalacji. Śmiało mogę powiedzieć, że właśnie wtedy zakochałem się w Ubuntu i moja przygoda z Windowsem dobiegła końca. Do dziś nie używam tego systemu.

Historia mojego komputera jest więc trochę przewrotna. Najpierw miał być przede wszystkim urządzeniem do pracy, później przez lata był dla mnie czymś oczywistym, a dziś stał się jednym z niewielu urządzeń, które świadomie pozostawiam w swoim otoczeniu.

Trzecim urządzeniem jest radio. Pojawiło się po prostu zamiast telewizora. Mógłbym mieć tutaj telewizor, jednak świadomie z niego zrezygnowałem. Przyznam, że pierwszy miesiąc był swoistym detoksem. Wieczorem, zmęczony po całym dniu pracy, czy to przy budowie, czy później w ogrodzie, aż chciało się usiąść przed telewizorem i coś obejrzeć. Tyle że telewizora nie było. Oczywiście wyciągałem telefon i zaczynałem coś oglądać. Jednak telefon wystarczał mi na godzinę, może trochę dłużej. Potem miałem już dość. Telewizor pewnie grałby w tle przez kilka godzin, nawet jeśli właściwie się go nie oglądało. Tutaj w tle gra co najwyżej radio. I chyba właśnie dlatego radio okazało się dobrym zamiennikiem. Nie wymaga patrzenia w ekran. Nie wciąga mnie tak łatwo w kolejne materiały. Może po prostu grać gdzieś obok, kiedy robię coś innego.

Ale już zauważam, że coraz rzadziej włączam je tylko po to, żeby zagłuszyć ciszę. Chyba zwyczajnie uczę się nowego miejsca i jego własnej muzyki. 



Komentarze